Rowery

środa, 26 czerwca 2013

Cyklokarpaty - Polańczyk.



23 czerwca 2013. Kolejny maraton Cyklokarpaty, tym razem zawitał do Polańczyka. Pierwsze informacje o trasie przewidywały, że trasa będzie trudna i naprawdę wymagająca. Po starcie w Strzyżowie, postanowiłem że 2 tygodnie przepracuje naprawdę ciężko. Kilka treningów dystansowych powyżej 150 km, kilka treningów po górach za każdym razem powyżej 100 km i powyżej 2000m w pionie i kilka treningów szybkościowych. Niekiedy 2 treningi dziennie. Pogoda nakręcała mnie jeszcze bardziej do trenowania. W czwartek przed wyścigiem dostałem aktualne informacje z trasy: trasa sucha, szybka, typowo wytrzymałościowa. Aż dziwne bo to w końcu Polańczyk dość sporo gór, ale jak się okazało wyścig pode mnie – fajnie. Ale czy do końca? W piątek robie ostatni mocny trening interwałowy. Pogarszająca się pogoda zwiastuje błoto, ale i tak byłem dobrej myśli, że tego błota będzie niewiele. Przygotowałem się naprawdę dobrze. Sobota minęła pod znakiem odpoczynku, odpoczynku i jeszcze raz odpoczynku, dobrego jedzenia i „ładowania akumulatorów”.
Dzień wyścigu – deszcz, błoto, zimno, zwrot pogody o 180 stopni z przed kilku dni, od razu ostudził mój zapał do ścigania, ale dobre przygotowanie mogło zaowocować wynikiem.
Start, nietypowo bo pod górę, dlatego staję lekko z tyłu i po starcie wiozę się na kole innych zawodników. Pierwsze odcinki asfaltu, przepycham się do przodu, najeżdżam na nierówność w drodze i słyszę delikatny trzask, pod 4 literami, zlekceważyłem to i jechałem dalej. Zaczął  się naprawdę bardzo szybki zjazd i z prędkości ponad 50 km/h wyhamowanie praktycznie do zera,  zakręt 90 stopni w lewo bardzo słabo oznaczony, bo do ostatnich metrów nie było wiadomo gdzie skręcić. Przez chwile martwiłem się, żeby tylko nikt z jadących za mną na mnie nie wpadł. Przejeżdżam, jest ok. Pierwsze metry za asfaltem opony już zapychają się błotem, przejeżdżam przez błotną kałuże, dojeżdżam do strumienia, chce zejść z roweru, i nagle poczułem ogromny ból, nie powiem gdzie. W sekundzie odechciało mi się dalszej jazdy. Zacisnąłem zęby i przebiegam z rowerem przez strumień, spoglądam na siodełko i lipa, karbonowe siodełko od chińczyka pęknięte – i niech nikt nie mówi, że chińczyk robi dobre rzeczy!!! Był może 3 - 4 kilometr trasy, do przejechania jeszcze niecałe 70, pojawiła się myśl, jazdy na stojąco, ale gra niewarta świeczki – odpuściłem i dobrze, bo jak się później okazało trasa była oznaczona tragicznie, bo skoro czołówka wyścigu gubi się 2 lub 3 razy i strażak obstawiający trasę kieruje zawodników nie tam gdzie powinni jechać to chyba coś jest nie tak. Ale winnych oczywiście niema. Takie coś naprawdę odbiera chęci do ponownego przyjazdu  w to miejsce.  
 

Z mojej strony to tyle, wiele osób z którymi rozmawiałem, mają już serdecznie dość takiego podejścia organizatorów, osób oznaczających trasę - po partacku do, jakby nie patrzeć, dużej imprezy.
Szkoda, ale robi się coraz gorzej.

Kolejny start za 2 tygodnie w Pruchniku, tam osoby wyznaczające i oznaczające trasę wiedzą jak to się robi, bo sami jeżdżą na rowerach i się ścigają. Oznaczenie musza być widoczne dla kolarzy, którzy jadą niekiedy ponad 50 km/h bez potrzeby rozglądania się i szukania strzałek, a nie dla osoby jadącej 10 km/h która ma czas się rozglądać i szukać oznaczeń.  
Do zobaczenia w Pruchniku. PA.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Cyklokarpaty - Strzyżów



Bardzo długo zbierałem się żeby napisać coś o maratonie w Strzyżowie.Właściwie mógłbym to zrobić w kilku zdaniach, a nawet słowach, ale to była za dobra impreza żeby jej nie opisać. W piątek przed maratonem, jak i w dzień wyścigu strasznie, ale to strasznie nie chciało mi się ścigać. Zero motywacji, zero chęci, sam nie wiem dlaczego – może przez aurę, która wcale nie rozpieszczała i w lasach było okropne błoto. No nie, kolejny maraton w błocie –pomyślałem. Sam fakt, że startowaliśmy w okrojonym składzie i praktycznie byliśmy bez szans na wygranie generalki, też nie nastrajał. Wszyscy jechaliśmy tylko po indywidualne wyniki. Jedyną rzeczą, a raczej jedynymi ludźmi, którzy sprawili, że znalazłem w sobie chęci do ścigania –to ekipa ze Strzyżowa, która wie jak zrobić dobry wyścig. Pogoda w piątek dramat, deszcz, trochę gradu – kumulacja. Nigdy nie ścigałem się w Strzyżowie i nie wiedziałem, czego się spodziewać, tylko tyle co ze słyszenia wiedziałem, że trasa będzie ciężka, trochę niedowierzałem i zlekceważyłem te informacje. Jak się okazało bardzo nie słusznie.
 
Dzień startu przywitał nas piękną, słoneczna pogodą. Wiedziałem, że będzie duszno - mmm coś dla mnie. Do Strzyżowa pojechałem z Kokilem. Od razu szybka zapłata za wpisowe, przebieranie, ostatnie przygotowania, drugie śniadanie i na miejsce startu. Tak coś czułem że chłopaki nie odpuszczą mi zdjęcia z ostatniego wyścigu i wymyślili mały upominek w formie koszulki z trafnym napisem. Naprawdę mega pozytywne, rewelacja liczy się poczucie humoru J. Staliśmy już w sektorach, ale nadal nie miałem ochoty na jakikolwiek wysiłek. Końcowe odliczanie - „Start” i zwrot odczuć o 180 stopni, pierwszy asfaltowy podjazd, o którym się osłuchałem wiele, przeleciałem sobie z blatu atakując końcówkę, szkoda, że szybko się skończył i zaczął się kolejny podjazd po kamieniach. Straciłem kilka pozycji, ale szybko je odrobiłem i jechałem na czele wyścigu. Fajnie – ciepło, duszno i w miarę sucho. Seria podjazdów przepleciona kilkoma krótkimi zjazdami doprowadziła nas do kolejnego asfaltu i długiego zjazdu. Wrzuciłem wszystko co miałem 42-11 i co sił w dół za mną był tylko Arek, i tak we dwóch jechaliśmy spory odcinek. Jadąc jeden obok drugiego zaczęła się dyskusja, od tak wzięło nas na wspominki z pierwszych wyścigów pucharu smoka i innych. Jadąc spokojnie jednym tempem z Arkiem czułem się rewelacyjnie. Bardzo odpowiadał mi ten rytm i ta prędkość – szybko, mocno, ale z zapasem siły. Pierwszy szybki zjazd w lesie i Arek ucieka mi na kilka metrów, się okazało, że jednak na więcej, bo wyjechałem z lasu na małą polankę, wjazd na asfalt duża prędkość i kontem oka zobaczyłem strzałkę w lewo, a ja przestrzeliłem i pojechałem prosto, szybka nawrotka i goniłem Arka. (P.S myślę, że to miejsce na kolejny maraton pasowałoby lepiej oznaczyć).Znowu jadę z Arkiem, a po chwili dojeżdża do nas Łukasz Olejarz z Andrzejem Ulmanem – widać sporo się napracowali żeby do nas dojść. I jechaliśmy w 4, a gdzieś z tyłu widziałem Bogdana Ostrowskiego (mega mocny, kat. M4). W 4 dojechaliśmy do pierwszego technicznego podjazdu w lesie, bez problemu 
podjeżdżamy z Arkiem, pozostałą dwójka w tym czasie od nas odpadła. A z Arkiem nadal dyskutując jedziemy kolejne metry podjazdów i tak we dwóch dojeżdżamy do pierwszego bufetu. Wiedziałem, że to za piękne żeby było prawdziwe, że jeszcze jadę z nim. Dojechaliśmy do wjazdu na teren Rezerwatu Herby i tam popełniłem pierwszy i największy błąd, mały rów, a ja przejeżdżając go nie zredukowałem przełożenia i za przeszkoda stanąłem w miejscu – lipa. Arek zaczął odjeżdżać, tam też zaczął się techniczny i trudny, ale zarazem świetny odcinek, który dostarczał wiele frajdy. Arek w błocie czuje się tak dobrze jak ja na suchym, wiec z sekundy na sekundę po prostu znikał mi z pola widzenia. Na pierwszym pomiarze czasu miałem już minutę straty. A po punkcie kontrolnym hmm, wąwóz, szczena mi opadła. Ciężko to opisać, ale podchodząc go 2 razy zdarłem skórę z pięt. A za pierwszym razem przy kocówce wąwozu trochę się pogubiłem i tam doszedł mnie Kszysiek Gajda, nie moja kategoria to spokojnie mogłem jechać za nim. Jedziemy razem dość długo, ale przy drugiej pętli przez „Herby” Krzysiek mi odjeżdża.
Drugi raz zjeżdżam już szybciej, w pewnym momencie za szybko i zaliczam drobny dzwon, ale kask ratuje głowę. I znowu drugie podejście wąwozem, trochę ciężko bo musze mijać innych zawodników raz z lewej raz z prawej strony. Doczłapałem na szczyt i pojawiło się uczucie ulgi że ostatni raz podchodzę ten odcinek. Już spokojnie w równym rytmie dojeżdżam do rozjazdu Mega/Giga i tym razem skręcam w prawo do mety. W tym momencie uświadomiłem sobie, że nie wiem ile km mam do przejechania, a ile mi zostało. Zaczęła się sekcja krótkich podjazdów i zjazdów. Wada wzroku dawała o sobie znać w ciemnych miejscach w lesie. Ale mega frajda na zjazdach. Dość szybko dojeżdżam do ostatniego bufetu biorę kubeczek, dostaje informacje ile mam straty do jadących przede mną. Że też do głowy mi nie przyszło zapytać się ile km mam do mety. Zaczął się przyjemny odcinek dość łatwy i szybki, ale poprzednia część trasy dawała się we znaki, gdyż czułem się już zmęczony i wypatrywałem końca. Coś mi się ubzdurało, że mam 60km do przejechania, ale gdy wyjeżdżając za zakrętu ukazała mi się Sucha Góra i nadajnik złapałem się za głowę i pomyślałem – gdzie ja dopiero jestem i ile to jeszcze do mety. Wiedziałem, że jeżeli przesadzę z szybkością to nie wystarczy mi sił i mnie odetnie. Dlatego kolejne podjazdy pokonywałem wolniej i równo bez szarpania. Na kolejnych podjazdach mijam znajomych z dystansu Mega. Strasznie się ucieszyłem, gdy w końcu zobaczyłem po prawej stronie Strzyżów, kilka zjazdów polnymi drogami, potem asfaltowymi przejazd przez kładkę i wjazd na metę. Rezultat 2 miejsce w kategorii GM2 i 3 miejsce open.


To był naprawdę wyczerpujący wyścig, trudny i ciężki, ale zarazem bardzo ciekawy i satysfakcjonujący.
Organizatorem był KS Strzyżów MTB Team, dlatego można się było spodziewać takiej trasy i naprawdę świetnej organizacji.
Cieszę się że tam wystartowałem mimo że strasznie mi się nie chciało – było warto !!!



Kolejna edycja 23 czerwca w Polańczyku, pewnie też będzie ciężko, ale nikt nie mówił że to łatwy sport.

Trzymajcie kciuki, pa