Rowery

wtorek, 15 kwietnia 2014

Rok 2014 rokiem zmian.

Cześć, chciałbym na wstępie usprawiedliwić zaprzestanie prowadzenia bloga w sezonie 2013. Z racji tego ze to co robiłem, co pisałem, nawet to ile trenowałem było obiektem szyderstw,  wolałem się nie udzielać i przestać pisać. Przez zimę miałem dużo czasu żeby przemyśleć kilka spraw i zamknąć pewien rozdział z życia i rozpocząć kolejny ale o tym później.  

Część z was wie a część nie wie, wrześniem roku 2013 podjąłem decyzje o odejściu z drużyny Millenium Hall Piaseco, lecz czekałem na rozwój wydarzeń, który tylko potwierdził mnie w przekonaniu że muszę to zrobić, aby osiągnąć spokój wewnętrzny. Ta decyzja wyszła mi  na dobre i wiem że nie mogę się przejmować opiniami innych, niekiedy bliskich osób, jak i tym, że w tym kolarskim świecie , to normalne że komentarze są pozytywne ale także i negatywne, kwestia tylko jak radzimy sobie z tymi negatywnymi.  

W końcówce ubiegłego roku  nawiązałem współpracę z zespołem sklepu
z suplementami Animusz kulturystyka & fitness, dzięki tej pomocy, zmienił się całkowicie mój styl odżywiania, ciągła kontrola mojego stanu zdrowia, samopoczucia, nawet tego czy dobrze się ubieram na chłodne dni, sprawiły że przetrwałem zimę bez komplikacji zdrowotnych. Dokładne dobranie suplementów i dostosowanie diety do moich potrzeb przyczyniły się do tego, że mogłem pracować nad swoją formą każdego dnia.
Częste konsultacje z Ryszardem i Łukaszem z Animusz-a, dały nam pewien obraz błędów jakie popełniałem w dotychczasowej diecie i samodzielnej suplementacji. Błędy te zostały wyeliminowane i zastąpione we właściwy sposób.

Z kolei w obecnym już roku 2014, oficjalnie przeszedłem do drużyny Fil-Bike, z czego jestem bardzo zadowolony.  Po ustaleniu wspólnych celów, mogłem spokojnie trenować mając spokojną głowę bez zmartwień i odliczać dni do pierwszego startu, który już jest za nami.

Pierwszym startem w kalendarzu  był maraton w Daleszycach z cyklu MTBCrossMaraton. Był to dla mnie pierwszy maraton w życiu z tego cyklu. Nie wiedziałem czego się spodziewać, przeglądając listę startową, zdałem sobie sprawę że to będzie pogrom. Przygotowania zacząłem już w na 2 dni przed. W sobotę ostatnia przejażdżka i całodzienne ładowanie glikogenem. W sobotni wieczór, miła niespodzianka ze strony Darka, w postaci strojów Vimar – Bardzo dziękuję.  Niedziela 7:00 razem z Darkiem jedziemy do Daleszyc, Michał Peliszko razem z resztą pojechali drugim autem.  Po drodze śniadanie 2 godziny przed startem, 2 kawki. Nie powiem żebym był wyluzowany, a na pewno nie miałem ochoty się ścigać, możliwe ze to ze stresu przed startem, i myśli czy na pewno dobrze się przygotowałem. Powtarzam sobie że to start kontrolny żeby wyszły braki.
Dojechaliśmy- super miejsce, mała miejscowość, start na rynku, pogoda się poprawia, widzę znajome twarze, nastrój się poprawia. Szybkie zapisy, i przygotowanie do wyścigu. Super że mój dystans Master startuje 30 min wcześniej niż reszta, nie będzie tłoku. Wchodzę do drugiego sektora i czekam. Stres minął. Wystartowaliśmy, szybko i sprawnie przechodzę do przodu grupy. Start ostry i w głowie jedna myśl: „jechać z głową”. Ku mojemu zdziwieniu jadę w czołówce i jedzie mi się bardzo dobrze, aż za dobrze. Tempo nadaje Dominik - bardzo wysokie. Bardzo szybko, we 4 urywamy cały peleton, jadąc po zmianach powiększamy przewagę. Trasa bardzo szybka, mało techniczna, interwałowa, tak jak lubię. Podłoże wilgotne, gumy Speca Fast Traki trzymają idealnie. Odwracam się żeby zobaczyć co się dzieje z tyłu, i nie widziałem już nikogo. Pierwsze kilometry są zawsze nerwowe, staram się uspokoić oddech i rytm. Cały czas jedziemy mocno. Udaje mi się uspokoić oddech i wychodzę na zmianę. Podjazdy długie ale płaskie. Teren trochę zdradliwy, kamienie przysypane liśćmi, suche patyki były nieprzyjemne.   
Zjazdy długie łatwe i szybkie, Nie zjeżdżam za szybko z racji małej wprawy w jeździe na 29 calowych kołach, w sumie to pierwszy długi wyjazd w teren na tym rowerze.  Dominik jadąc z tylu pogania żeby przyspieszyć, obaj podkręcamy tempo na podjazdach, niestety jedziemy już we 3 Michał Ficek dostał trochę z tyłu.  Mijają kilometry, dojeżdżamy do szybkiego zjazdu, jadę z tyłu, chłopaki się zatrzymują bo pomyliśmy drogę, wracamy, jeden jedzie w prawo drugi w lewo, ja stoję i czekam, słyszę z lewej : „to tu”  Wołam Dominika i wracamy na trasę. Wyjeżdżamy z lasu i widzimy Michała, jadącego już kolejny podjazd. „Musimy go dojść jak najszybciej” – myślę. I podkręcam tempo na podjeździe. Na kole jedzie już tylko Dominik, na zjeździe puszczam go przodem, i znowu się mylimy, zaczynamy przebijać się do drogi i znowu jedziemy we trzech. Michała nie widać. Tempo nie spada, mijamy pierwszy pomiar czasu, zjeżdżamy do lasku i zaczyna się cyrk, strzałki prowadzą nas w jakieś pole, spotykamy Michała, pilot tez nie wie gdzie jechać, zrobiliśmy małą pętelkę w poszukiwaniu strzałki, taśmy i nic. Po kilku minutach zjechała się spor grupa zawodników. Dominik nie ukrywał swojego rozgoryczenia i zdenerwowania, wcale się nie dziwie, jechaliśmy mega mocno po to żeby się zgubić  i stracić wypracowana przewagę nad resztą. Padają słowa: „nie ścigamy się i bierzemy wyniki z pomiaru czasu”. Nie podobało mi się to bo przyjechałem się ścigać do końca. Wróciliśmy na trasę, dojeżdżamy do Pań z aparatem i pada pytanie czy ktoś już tędy jechał, odpowiedz Pań : z 10 osób i macie 10 minut straty. „no to po wyniku i po wyścigu” – myślę. Ale… skoro już po wyścigu to chociaż potrenuje, i zaczynam cisnąć mocniej, za mną Darek, Michał, Borycki, Pomarański, no to ścigamy się na nowo, podkręcam tempo wiedząc ze nie odrobimy tych 10 minut. Co jakiś czas odwracam się i widzę ze chłopaki też jadą mocno, no do nie odpuszczam. Na kole mam Darka, jedzie mi się rewelacyjnie, cały czas pod progiem z zapasem sił. Darek wychodzi na zmianę ja odpoczywam z tyłu. Trasa nadal super, kręta szybka, cały czas coś się dzieje, w górę w dół. Znowu wychodzę na zmianę i już nie oddałem prowadzenia, sekcje po kamienistym szczycie przejeżdżamy bardzo płynnie i szybko, nie tracąc czasu, wyprzedzamy kolejnych zawodników z krótszego dystansu. Uciekam Darkowi na zjeździe. Mijam bufet i wspinaczka w stronę lasu. Spokojnie bez szarpania mijam innych. 
Samotnie przejeżdżam drugi pomiar czasu. Im bliżej mety, tym jechałem szybciej. Dojeżdżam do zwalonego drzewa i Pana który spisuje numery mówi: „brawo, pierwszy master”. Myślę – „jakim cudem, jak niby 10 było przed nami” miałem ostatnie 5 km do mety. O dziwo nie czuję zmęczenia, ząbek niżej staje na korby i mijam kolejnych zawodników raz z lewej, raz z prawej, nie patrząc czy błoto czy koleiny, z uśmiechem na twarzy jadę swoje.  Widzę tabliczkę a na niej 1km. Ostatni asfalt, nie zwalniam, dojeżdżam do rynku mijam metę i słyszę: Pan z master a gdzie motocyklista ? od razu mówię co się stało na trasie. I tłumacze że motocyklista jechał przede mną i w końcu zniknął mi z pola widzenia, przecież nie będę go gonił i szukał. Na metę przyjeżdża Darek z 2 minutową stratą, wspólne gratulacje uścisk dłoni. Dwa Vimary dwie jedynki :) , a kilkanaście sekund po nim metę mija Michał Ficek i kolejni zawodnicy. Dotarło do mnie że wygrałem open. Nie było euforii przez sytuacje na trasie. Ale jakby nie było i co by się nie działo wyścig kończy się na mecie.


Podsumowując: trasa łatwa, przyjemna szybka, wymagała ciągłego skupienia przez mnogość dróg, zakrętów, skrzyżowań i rozjazdów. Sama organizacja super, bufety nie wiem nie korzystam.  Myślę że ten cykl na stałe wpisze się w mój kalendarz. Dzięki za wspólne ściganie i do zobaczenia na kolejnej edycji. Baj :)