Rowery

poniedziałek, 27 maja 2013

Cyklokarpaty - Kluszkowce



 25 maj, dzień maratonu Cyklokarpat. Nie zdążyłem jeszcze ochłonąć, wypocząć i nabrać sił po wyczerpującym Rajdzie Wyszechradzkim, a już nadszedł czas kolejnego startu. Na miejsce przyjechałem dzień wcześniej. Dzięki temu mogłem spokojnie zjeść kolacje, przygotować wszystko i bez zbędnego pośpiechu w sobotę, udać się na start.
Poranek przywitał nas deszczem i niska temperaturą. Wiedziałem, że nie będzie lekko, przypominałem sobie co przeżywałem  2 lata temu, gdy też tu startowałem na dystansie Mega, a w tym roku czekał mnie dystans Giga. Na start przyjechaliśmy przed 10 rano, pochmurno, zimno i mokro, aż się odechciewało jazdy. Czując w nogach „Wyszehrad” nastawiałem się tylko na przejechanie i ukończenie wyścigu niezależnie na którym miejscu – byle tylko zaliczyć start.
Ustawiam się w sektorze trochę z tyłu, inaczej niż zwykle, oddaje bidon dziewczynom, które miały być na bufecie, sobie zostawiam tylko jeden. W głowie pojawia się dziwna myśl lub na tyle znam swój organizm, że pozwala mi przewidzieć niektóre rzeczy: dziś będzie kryzys i będzie mi naprawdę ciężko.




Wystartowaliśmy, posłuchałem głosu rozsądku, który mówił, żeby pojechać początek bardzo spokojnie, ale nie odstawać od rywali z dystansu Giga. Tempo jak zwykle wysokie, czuje że jadę już nad progiem beztlenowym, kolejny raz powtórzyłem sobie, że to będzie ciężki wyścig. Zacisnąłem zęby i nie odpuszczałem. Jechałem dość daleko od pierwszej grupy, chyba na 4 pozycji w śród zawodników z mojego dystansu. Trzymałem się team-owego kolegi Wiktora Łyszczarza, który również startował na Giga. Czułem się naprawdę źle, i fizycznie i psychicznie. Dojechaliśmy do pierwszego stromszego podjazdu i wtedy nadszedł kryzys – ból pleców, zmęczenie, niechęć do jazdy, w nogach czułem taki ból, jakby ktoś odrywał mi mięśnie od kości. Wtedy pojawiła się myśl, żeby zjechać na Mega, bo po prostu nie dam rady, ale wiązało by się to z dyskwalifikacją – trudno, nie jestem robotem –pomyślałem. I jechałem nadal do przodu,  oczekując i bufetu, żeby dostać drugi bidon i rozjazdu MEGA/GIGA. Dojechał do mnie Łukasz Szumiec, a po chwili Marcin Kosterkiewicz. Złapałem się na koło i jechałem za nim dość długi odcinek, średnio pamiętam kolejność zdarzeń bo już byłem wyjechany. Kryzys trzymał mnie do kolejnego długiego podjazdu, Marcin zaczął odjeżdżać, a ja jeszcze bardziej słabnąć. Ledwo dotoczyłem się na szczyt. Chyba po 30 kilometrze kryzys minął i zacząłem się na nowo rozkręcać, doszedłem znowu do Marcina, w oddali widziałem Wiktora. Powoli zaczynałem go doganiać i uciekać Marcinowi. Na kolejnym podjeździe, ktoś mnie minął i powiedział, że się zgubili – chłopaki z Mega. Kilkanaście metrów dalej wyprzedziłem Wiktora i zacząłem wspinać się pod podjazd w towarzystwie „megowców”, czując się coraz lepiej i jadąc coraz szybciej. Kontem oka po lewej stronie miedzy drzewami zobaczyłem jakaś niebieską strzałkę, przyglądnąłem się dokładnie, okazało się że był to kierunek drugiej pętli (GIGA) praktycznie niezauważalny :/. Pożegnałem się z kolegami i zjechałem na swój dystans. Mogłem jechać spokojnie powiększając przewagę nad resztą. Do końca nie wiedziałem kto jest przede mną – sądziłem że tylko Łukasz i Arek. Po wjechaniu na kolejny szczyt zaczęła się seria technicznych zjazdów, następni spory odcinek asfaltowy. Tutaj mogłem sporo zyskać, duży blat z przodu i prędkość wzrosła o 3 oczka, droga cały czas pięła się lekko do góry. Zobaczyłem Łukasza i spokojnie zmniejszałem odległość między nami. Dość sporo czasu jechaliśmy razem, zaczęła się kolejna długa wspinaczka. Łukasz niestety odpadł  na podjeździe. Już samotnie pokonywałem kolejne kilometry z nadzieją, że gdzieś za zakrętem wyłoni się bufet, a tam dziewczyny z bidonem, bo w moim już kończył się płyn – niestety nie. Zaczęła się sekcja asfaltów i słabego oznaczenia. Prawie jak jazda na orientację, pojawił się podjazd, a na nim 2 drogi, prawo i lewo – loteria. Jadę w prawo i pytam ludzi czy ktoś tędy jechał przede mną. Jadę dalej i widzę w końcu jakieś oznaczenie, ostry skręt w lewo i kolejna wspinaczka asfaltowa, a potem szutrową drogą. Podjazd bez końca, z przodu nikogo z tyłu nikogo. Zwalniam żeby nie przesadzić, w spokojnym tempie kontrolując tętno pokonuje kolejne kilometry podjazdu, lekkie wypłaszczenie i bufeeeeet, ale dziewczyn niema – szkoda. Zaczyna się ostatni najdłuższy podjazd, kilometry uciekają płyn w bidonie się kończy piję ostatni łyk. Wiem, że zbliżam się do szczytu z myślą ze jeszcze tylko zjazd i meta. Podjazd okazał się droga przez mękę – błoto, błoto i jeszcze raz błoto. Każdy ma tak samo, pomyślałem i jechałem dalej. W pewnym momencie spojrzałem przez ramie i zobaczyłem goniącego mnie Bogdana Ostrowskiego. Oj trzeba będzie na zjeździe mu uciec. Zaczął się ostatni najdłuższy błotnisty zjazd, tym razem zaryzykuję – pomyślałem. Zjazd utrudniali zawodnicy kończący dystans Mega, wyprzedzałem raz z jednej raz z drugiej strony, bardzo ryzykując, ale opłaciło się, zyskałem przewagę nad Bogdanem na tyle dużą, że ostatni podjazd do mety (o którym zapomniałem) mogłem pojechać w miarę spokojnie, jeszcze tylko zjazd do mety i koniec tej męki: 3 miejsce w kategorii i 3 miejsce Open . Miało być 88 km wyszło 92,9 km, 2750m w pionie sporo. 




A teraz realia. Jadąc taki dystans, w takich warunkach i płacąc za to, czegoś się wymaga, po rozjeździe na Giga oznaczenie trasy - ubogie, żadne skrzyżowanie nie obstawione, nikogo, kto by pokazywał kierunek jazdy w newralgicznych miejscach, sporo jazdy na orientacje i szukanie jakichś śladów opon roweru czy motoru żeby się upewnić czy dobrze jadę. 2 bufety na początku trasy, a potem długo, długo nic – nie tak to wszystko powinno wyglądać. 
Człowiek tyra całą zimę, żeby jakiś wynik zrobić, zarzyna siebie i sprzęt w błocie na takiej trasie. 
A w zamian od organizatorów za 3 miejsce w kategorii dostaje kawałek sklejki i reklamówkę a tam okulary, gazeta i malutki katalog Kellysa - po co to? Żeby zapchać reklamówkę? Nie wiem czy to chciwość organizatorów, czy może nie mają pieniędzy z wpisowych... (opłaty - 50 - 60 - 70 pln, średnio ponad 200 osób) lub niezliczeni sponsorzy, nie dostarczają im nagród aby jakoś godnie nagrodzić zawodników za trudy.
Niech każdy się przyglądnie na zdjęciach ile wisi banerów, ile jest kolorowych reklam, niech każdy sobie przypomni jakie były obietnice organizatorów na ten sezon. Ale z roku na rok jest coraz gorzej. I nie tylko ja mam taką opinie. Organizator nic sobie z tego nie robi, nie wyciąga wniosków. Dalej popełnia jedne i te same błędy. Przykre ale prawdziwe. Określenia z jakimi się spotykam od innych: "kpina, żenada, jakieś jaja..."



A i dodam jeszcze jedno - dziewczyna!!! Jedyna odważna, za co jej gratuluję pojechała na dystans Giga, jadąc: 8:26:32 !!!  I automatycznie wygrywając wyścig dostaje okulary i kawałek sklejki. 

P.s. Gdybym robił to dla nagród – już dawno bym tego nie robił. Robię to dla wyniku dla siebie i dla drużyny i nadal będę to robił, ale fajnie by było gdyby sytuacja na „Cyklokarpatach” się poprawiła.

To by było na tyle, pa. 

wtorek, 21 maja 2013

I Rajd Wyszehradzki: Budapeszt – Kraków 533 km.



17 Maja 2013 roku odbył się I Rajd Wyszehradzki ze startem usytuowanym w Stolicy Węgier (Budapeszcie) z metą w Polsce na krakowskich błoniach. Trasa biegła przez Węgry, Słowację, Czechy Polskę. Pomysłodawcą rajdu był Minister Sikorski.

Cześć z was może nurtować pytanie dlaczego zdecydowałem się na takie coś, otóż odpowiedz jest prosta – kasa, i się tego nie wstydzę gra toczyła się o naprawdę spore pieniądze. O rajdzie dowiedziałem się od koleżanki Eweliny Szybiak która jako pierwsza podesłała mi link do strony, pierwszy rzut oka i odpowiedziałem że jadę, ale niestety chętnych z Rzeszowa nie było. Po wrzuceniu linku na fb, Piotr Szafraniec zadał mi pytanie czy wytrzymam taki dystans, odpowiedziałem że tak, no wiec zadał kolejne pytanie: Jeżeli zmontuje grupę, wchodzisz? aż mi się wtedy gorąco zrobiło, ale zastanowienie nie trwało dłużej niż minutę, odparłem że wchodzę. 
I tak się to wszystko zaczęło, zmontowaliśmy bardzo mocną grupę złożoną z Piotra Szafrańca, Bogusława Kramarczyka, Marcina Cielucha, Michała Ficka, Mariusza Musiałka. Bogdan zorganizował dla nas busa to był priorytet żeby w całości z rowerami zabrać się do Budapesztu jednym pojazdem, plus dwóch kierowców. Gdy bus był ogarnięty, już nie było odwrotu, przygotowania ruszyły pełna parą, aczkolwiek wszystko trzymaliśmy w tajemnicy do ostatnich chwil. Jechaliśmy po dużą kasę, kolejne osoby które poszły by naszym tropem byłyby dla nas potencjalnymi rywalami –a tego nie potrzebowaliśmy brutalne ale prawdziwe. 


Do samego startu miałem ok. 40 dni żeby się przygotować, fizycznie i jednak psychicznie bo nigdy nie wiadomo jak organizm zareaguje na taki wysiłek i tyle godzin spędzonych na siodełku. Zacząłem od wydłużenia treningów które trwały od 5 do 6,5 godziny typowej wytrzymałości i wytrzymałości siłowej. Do tego po treningu praca jako kurier rowerowy też przyniosła zbawienny efekt. Przez ten czas starałem się nabrać trochę tkanki tłuszczowej, regularnie spać i jeść o stałych porach. Cały czas rozmyślając jak to będzie, żeby nie dać plamy, żeby wytrzymać cały dystans. Dni mijały przejechanych kilometrów było coraz więcej. Ostatni tydzień przed wyścigiem, przestałem trenować, żeby całkowicie zregenerować mięsnie stawy więzadła i ścięgna. Miałem tez wymówkę żeby 
w końcu zmodernizować rower. Gdy już rower był gotowy obmyślałem co jeść podczas wyścigu 
i jakie ilości co pić i ile. Dostarczanie białka i aminokwasów podczas takiego wysiłku jest niezbędne aby uchronić mięsnie przed „spaleniem”.  Każdy z nas miał przygotowany specjalny kartonik 
z jedzeniem, żeby osoba w busie wiedziała co i komu podawać.  Tak wyglądał mój kartonik, a 
w skład tego wchodziły.
- 15 Batony proteinowe
- 10batony węglowodanowe
- 8 zwykłe batony musli
- 6 bułek z białym serem półtłustym i łososiem wędzonym
- 4 bułki z nutellą
- 5 fiolek z magnezem
- aminokwasy Monster Amino
- izotonik w proszku do rozpuszczania.
- żele węglowodanowe z kofeina
- migdały, nerkowce, rodzynki, suszone morele,
- 6 bidonów 
- 2 cole 0,5 



Jak już wszystko miałem przygotowane i gotowe, została mi kwestia dostania się z całym sprzętem do Kęt gdyż stamtąd  wyjeżdżaliśmy całą grupą. Tak wiec dla mnie wyjazd zaczął się już w czwartek kiedy to pół dnia spędziłem w autobusach, ale w miarę sprawnie i szybko dostałem się do Bogdana. U niego spędziłem noc, żona Bogdana przygotowała pyszną kolacje, po kolacji 2 lampki czerwonego dobrego wina. 
O dziwo usnąłem bardzo szybko, a budzik zaczął się drzeć już o 5. Po śniadaniu, przyjechała reszta chłopaków i  bardzo sprawnie zapakowali rowery do  busa,  o 6 już byliśmy w drodze ku Granicy 
i po drodze odebraliśmy brata Bogdana drugiego kierowcę. I już spokojnie kontynuowaliśmy podróż na Węgry. Prognozy mówiły że ma padać deszcz cały czas – trochę lipa tyle km w deszczu. Droga strasznie się dłużyła, ktoś próbował spać, ktoś opowiadał różne rzeczy. Mi nie udało się usnąć ani na 5 minut, może stres, może dlatego że na siedząco ;) Jechaliśmy  kawałkiem trasy przez największy podjazd na trasie i dobrze zrobiliśmy bo okazało się ze będzie to najtrudniejszy element trasy z racji na bardzo zły stan nawierzchni i wycięte w nim dziury głębokości kilku cm, przy słabej widoczności lub deszczu zjazd będzie ekstremalny pomyślałem.  Nadal jechaliśmy przez Słowacje, i zbliżaliśmy się do celu, a im byliśmy bliżej stres był coraz mniejszy. W końcu po godzinie 14.00 dotarliśmy na miejsce. Szybko znaleźliśmy miejsce startu usytuowane w bardzo ciekawym miejscu w centrum miasta. Zapisaliśmy się i zaczęliśmy ostateczne przygotowania, sprzęt, ciuchy drugie komplety kół, wszystko posegregowane i poukładane żeby ułatwić obsługę. Postanowiliśmy założyć już nogawki 
i rękawki żeby w razie chłodu nie zatrzymywać się i nie ubierać gdyż każda czasowa strata mogła nas oddalić od dobrego wyniku. Mieliśmy tez nadzieje że będzie czas na przebranie się w razie deszczu czy tez zjedzenie czegoś na ciepło, chociaż kilka minut – to się naprawdę zaskoczyliśmy.




Zostało 30 minut do startu, wszyscy pojechaliśmy już na linie startu żeby spokojnie czekać. Sam start był honorowy także wszyscy punktualnie o 16 ruszyliśmy przez miasto które policja zabezpieczyła idealnie, przejechaliśmy 20 km startu honorowego i dojechaliśmy w miejsce startu ostrego. Tam podzielili nas na grupy 15 osobowe, oczywiście trochę zamieszania było, ale w końcu ustawili nas na starcie jako 6 grupa. Nogi jak z waty wtedy dopiero pomyślałem co ja robie – mam przejechać  533 km jaaaaa, masakra. Wtedy miałem chwile zwątpienia, ale co by się nie działo nie mogłem zrezygnować.
Start pod górę, od startu tempo dość spore. Patrzę na licznik tętno 189 wow, myślę, że trzeba zwolnic. Podjazd był długi ale płaski już tam zaczęliśmy doganiać wcześniejsze grupy. Przyszedł zjazd fajny szybki i już nasza grupka była większa, osoby wyprzedzane podpinały się do nas. Pierwsze kilometry były płaskie, tam mogłem trochę poszaleć. Pierwsze 119 km po zmianach przejechaliśmy w 2:36 szok. Jak zawodowy peleton. Bardzo szybko doszliśmy do początku wyścigu formując przy tym ogromną grupę, od razu pomyślałem że nie utrzymamy takiego tempa przez cały wyścig. Jak to na wyścigu szosowym trochę nudno raz na kole raz na wachlarz całą szerokością jezdni, a zachowanie kierowców godne pochwały, zatrzymywali się prawie w rowie widząc grupę kolarzy jadących na wachlarz. Było bardzo szybko, pierwsze 150 km zleciało nawet nie wiedziałem kiedy. Jechaliśmy w stronę ogromnej chmury która zwiastowała deszcz- niedobrze, patrzyliśmy po sobie i kręciliśmy głowami że będzie źle. Podczas jazdy cały czas regularnie jadłem i piłem, nie czekałem na uczucie głodu czy pragnienia, ważne było uzupełnianie białka węgli aminokwasów. Profilaktycznie co 90 km piłem fiolkę z magnezem, sodem i potasem. Zaczęło się ściemniać a tempo wcale nie malało średnia 38 cały czas, po 80 kilometrze zaczął się pierwszy problem – obluzowała mi się lemondka no to od razu samochód serwisowy i dostałem klucz imbusowy i podczas jazdy w peletonie dokręciłem ją i mogłem spokojnie jechać dalej. Po zmroku minęliśmy bufet na który nawet nie spojrzeliśmy. Byliśmy już na Słowacji która ciągnęła się w nieskończoność, zły stan dróg, które nie były oświetlone utrudniał jazdę, a prędkość nadal taka sama. W dodatku zaczął padać deszcz zrobiło się trochę niebezpiecznie.                  
Pierwsza przerwa na jedynkę kilka sekund człowiek nawet nie zdążył i niestety część w spodenki. Trochę nie fajnie ale nikt nie mówił że będzie łatwo. Staraliśmy się pracować równo na zmianach, szybko  dynamicznie ale żeby nie przesadzać. W peletonie nikt nie wiedział że jedziemy razem i pracujemy na drużynę bo każdy z nas miał inny strój – mieliśmy przewagę. Po drodze udało się nam rozerwać jedną mocna drużynę jechaliśmy już spokojnie, w nocy już nie pamiętam który to był kilometr dojechała do nas najmocniejsza grupa Coratec team z Kaiserem na czele. Dojeżdżając do nas już mieli nad nami czasową przewagę. Chcieli nas przejść i od razu urwać ale nie udało im się stanęliśmy na korby i doskoczyliśmy do nich. Tempo było wysokie. Wiedzieliśmy że musimy się ich trzymać jak najdłużej się da. Jedyny plus tego to, to, że zaczęli oni pracować a my mogliśmy trochę odpocząć. Jadąc przez jakąś wioskę na Słowacji zobaczyłem na licznik, byłem już trochę podjechany a na liczniku nawet polowy dystansu, nagle tak jakby asfalt się skończył, ogromny uskok a cala kierownica w dół !!!!!! masakra, obróciła się w mostku, to był meksyk, na szczęście miałem imbus przy sobie to poluzowałem śruby na mostku i ustawiłem kierownice w dobrej pozycji – cały czas jadąc w peletonie – dokręciłem śruby i mogłem spokojnie jechać. Podobało mi się że ludzie w środku nocy siedzący w przydrożnych barach wychodzili do drogi patrzeć kibicować i bić brawo, naprawdę miło. Zbliżaliśmy się do podjazdu największego na trasie, wtedy już skończyło się wożenie na kole, Corratec mocno zaciągnął, starałem się nie odpaść, jechałem swoim tempem, obok jechał Bogdan, 
w pewnej chwili zauważyłem że nie świeci mi lampa, a do szczytu i niebezpiecznego zjazdu o którym pisałem został kilometr, panika co robić, czekać na samochód żeby dali mi druga Lampe czy ryzykować zjazd w zupełnych ciemnościach z pierwsza grupą, odpuściłem i czekałem na busa niestety nie podjechał i tak musiałem zjechać ten zjazd sam bez świateł nie widać było dosłownie nic, hamulce zaciśnięte droga mokra bo padał delikatnie deszcz, na szczęście jakiś zawodnik do mnie dojechał i za nim spokojnie zjechałem. Na dłuższych prostych widziałem pierwsza grupę Krota sporo mi uciekła. Dojechał tez Bogdan i chyba 3 osoby jeszcze. Za wszelką cenę chciałem dojść do czuba ale już się nie udało. Tylko ja i Bogdan dawaliśmy mocne zmiany a we 2 nie byliśmy w stanie ciągnąć grupki. Po chwili dojechał samochód pilota i jechał przed nami, fajnie przynajmniej coś widziałem. Spokojnie jechaliśmy swoje, po drodze dochodzili do nas kolejni kolarze. Na szczęście 
w pierwszej grupie zostało 4 naszych – super. Żeby tylko dojechali do mety bez problemów i będzie 2 miejsce pomyślałem. Jechałem już w drugiej grupie pościgowej, razem z nami jechali Polacy,i chyba 2 z Kadry Masters. Chłopaki z Whirpoola dawali mega długie i mocne zmiany, aż miło. Też starałem się dorównać i też pracowałem, mimo że zmęczenie było coraz większe. Zaczął się teren gór, wiedziałem że nie będzie łatwo aczkolwiek zdziwiłem się bo grupka jechała bardzo spokojnie na podjazdach nikt nie szarpał, płynnie równo. Cały czas jechaliśmy w niezmiennym składzie. Z lewej podjechał pilot i z samochodu mówi że na zjeździe jest dziura i drugi pilot będzie tam stał i oznaczał miejsce awaryjnymi. Ale jak się okazało pilot zjechał z nami cały zjazd owsem miał awaryjne ale dziury nie oznaczył – lipa, ale nikt w nią nie wjechał.  Cały czas pamiętałem o jedzeniu, ale z godziny na godzinę czułem że brzuch stawa się coraz pełniejszy, ale jeść i tak trzeba. Batony które na początku były smaczne zaczęły smakować … okropnie. Przejeżdżaliśmy kolejne kilometry. Na liczniku pokazał się 330 km fajnie ale jeszcze kawałek do Czeskiej granicy i do punktu kontrolnego który był na 348 km na szczycie góry. Zbliżaliśmy się do szczytu ale dla mnie było za wolno i zaczęło mi się robić zimno, musiałem przyspieszyć i sam pierwszy przejechałem przez granice i punkt kontrolny, ktoś stał z wodą bananem i krzyczał bufet, bufet. Ale tylko go minąłem, zaczęła się seria zjazdów w Czechach, asfalt po prostu bajeczny, żadnych dziur szeroko droga, położyłem się na lemondce i w środku nocy 80 km na zjeździe, piękna sprawa, trochę zmarzłem ale to było do przywidzenia. Chłopaki powoli mnie dochodzili na zjeździe, i tak w kółko to im uciekałem na hopcei dochodzili mnie na zjeździe ale jechałem swoim rytmem i równo. W którymś miasteczku zgarnęliśmy po drodze Mariusza z drużyny okazało się ze miał kapcia i ktoś z innego busa dał mu koło i jechał dalej. Wiec była nas 3 z drużyny w grupce – wiadomo raźniej.  Był już 360 kilometr. 
A teren lekko opadał w dół, to przycisnąłem mocniej a Mariusz pojechał za mną okazało się ze uciekliśmy od grupy, i tak jechałem na zmianie kilka km dość szybko. Stwierdziłem ze bez sensu bo  nas dojdą przed hopkami to zwolniłem i pozwoliłem żeby do nas dojechali. Tak tez się stało, jechaliśmy znowu razem, a brzuch zaczynał mnie coraz bardziej bolec, wiedziałem ze będą przeboje.  Pytam czy komuś się chce jedynkę , odpowiedz ze nie, no to musiałem w spodenki. Ktoś powiedział że do Cieszyna mamy rzut beretem. Od razu zrodził się pomysł zaatakowania przed granicą i uciekania na hopkach które były od Cieszyna. Chłopaki słabo jechali na podjazdach, wiec na ostatnim przed granicą zaatakowałem i Mariusz razem ze mną, szybko zrobiliśmy kilkadziesiąt metrów przewagi i na zjeździe tylko ją powiększyliśmy, wjechaliśmy do Cieszyna minęliśmy granice(400 kilometr jeszcze 133)  i tutaj czar prysł, pilot już w Cieszynie nie wiedział gdzie jechać, skrzyżowania nie były wcale obstawione – Polska, W Cieszynie zaczęły się hopki no to z Mariuszem wspólnie pracowaliśmy żeby zrobić przewagę, on pracował w górę ja po płaskim, i tak na zmianę. 
W Bielsko Białej zaczęły się cyrki, pilot jadący przed nami, nie wiedział gdzie jedzie, błądziliśmy po ulicach Bielska raz w prawo raz w lewo nerwy mi puszczały, gdy już myślimy ze jedziemy dobrze gość skręca w lewo i się zatrzymuje – nawraca i mówi że to nie tu, no to krzyczę czy wiesz człowieku gdzie masz jechać – kręci głową że nie - załamałem się. Wtedy zaczęła się walka z własnymi myślami: „dojedziemy w ogóle do mety czy nie, ile kilometrów dołożymy, zaraz dogoni nas grupa, stracimy przewagę, taki wyścig i taka wtopa, żeby nie był o tak że przyjedziemy na metę a grupa z tyłu będzie już na mecie, dramat, nie chce m i sie już jechać odechciało mi się, cała praca poszła na marne, tyle poświecenia tyle czasu a jakiś debil nie wie gdzie ma jechać.” W końcu dojeżdżamy do dobrej drogi, zaczynają się wypłaszczenia, wjeżdżamy i mijamy Kęty, do mety coraz bliżej ból brzucha jest nie do zniesienia. Ale jedziemy dalej twardo blat oś 40 km/h tętno 120 WOW !!! o co chodzi, wtedy przypomniałem sobie słowa Piotrka Szafrańca, noga po 250 km już sama leci. Oglądamy się do tyłu i widzimy goniąca nas grupę, wiedziałem że nas wchłoną i tak się stało, znowu jechaliśmy w drugiej grupie, szybka przerwa na siku tym razem się zatrzymali. Ulga ale brzuch bolał tak strasznie że gdybyśmy nie jechali po kasę pewnie bym się zatrzymał i odpuścił. Wjechaliśmy na płaskie odcinki lecz Bogdan mówi ze będzie kilka hopek jeszcze, pomyślałem ze może będzie okazja zaatakować,  ale niestety przegrałem z bólem brzucha. Nie atakowałem. Jedyną rzeczą której się balem na trasie to znużenia i senności, i prawidłowo, na płaskim odcinku zaczęło mi się kręcić w głowie i oczy się zamknęły – przysnęło mi się a nogi dalej kręciły, nagle strzał w nadgarstki mnie obudził – dziura w jezdni uff. Zostało 30 km do mety według licznika. Nic mnie nie bolało albo bolało tak bardzo ze organizm nie zwracał już na to uwagi, ale każda nierówność w drodze każda chropowatość asfaltu odczuwał mój brzuch, na prawdę wtedy miałem dość. Odliczałem ostatnie kilometry do Krakowa. Wtedy to była droga przez mękę, łzy cisnęły się do oczu z bólu, pomyślałem – jak wjadę na metę padnę trupem i usnę przy pierwszym drzewie. Pilot przed nami jeszcze przed samym Krakowem nas przeciągnął po jakichś wiochach, minęliśmy znak Kraków – byłem szczęśliwy, myśl o tym że cały czas jechałem w 2 grupie i nie było naszych chłopaków dodawał mi sił bo wiedziałem ze utrzymali się w 1 grupie. W pewnym monecie ni stąd ni z owąd pojawiły się błonie, ostatni zakręt, w lewo ostatni zakręt w prawo ostatnia prosta i wykrzesaliśmy z siebie trochę sił żeby zafiniszować.



Meta – zdziwiłem się ze zmęczenie minęło ból brzucha się zmniejszył, mogłem spokojnie porozmawiać z kolegami, był tez i Tata, naprawdę fajnie. Od razu zdjęcia, kamery, pamiątkowy medal i koszulka, rozdzwoniły się telefony.  Byłem szczęśliwy aczkolwiek nie docierało do mnie ze pokonałem w sumie 540 km w 15 godzin i 8 minut ze średnią 34,4. Mimo że zmęczony czułem się że mogłem przenieść góry. Coś wspaniałego. Miny ludzi -  którzy tam byli i patrzyli na nas kolarzy którzy przejechali  ponad pół tysiąca km bez przerwy mają siłę się cieszyć śmiać się i uśmiechać – były bezcenne. Patrzyli na nas z niedowierzaniem i z podziwem. Bardzo się ucieszyłem gdy zobaczyłem pozostałych kolegów z drużyny na mecie którzy czekali na nas i jako pierwsi przejechali linie mety, coś niesamowitego. Jeden za wszystkich wszyscy za jednego chce się powiedzieć – ale na tym właśnie polega praca w zespole. Dałem z siebie tyle ile mogłem, żałuję że nie zaryzykowałem na tym zjeździe i odpadłem od nich. Teraz już niema co gdybać, zadanie każdy wykonał, każdy dojechał do mety, nic się nikomu nie stało, wywalczyliśmy 2 miejsce w klasyfikacji drużyn – byłem naprawdę szczęśliwy.


Podsumowując – wyścig piekielnie ciężki, warunki były nawet dobre, logistyczne zaplecze super, wysiłek ogromny, co najważniejsze, dużo jeść, dużo pić, jechać z głową, wrażenia wspaniale, niesamowite zadowolenie z samego siebie że jest się w stanie cały czas 15 godzin w siodełku.
Żadnego bólu kolan pleców ramion czy rąk. Na dzień dzisiejszy wiem że jeżeli za rok będzie taki wyścig to na pewno go powtórzę, będę wiedział więcej, jak się przygotować, jak przygotować oświetlenie.  Nie wiem czy jestem szalony czy odważny nie traktowałem tego jako wyzwanie czy przygodę tylko jako bardzo trudny wymagający i długi wyścig o spore pieniądze.
Co do organizacji Węgry zabezpieczenie super, Słowacja tak samo bezpiecznie i solidnie, Czechy troszkę gorzej ale zabezpieczenie było, Polska – zero zabezpieczenia zero obstawy skrzyżowań, rond czy miast – ale to Polska w sumie tego się spodziewałem, bo zawsze nastawiam się na najgorsze ze strony Polski.

Trochę cyferek

Łączny dystans :
Start honorowy + start ostry: 542,8 km     
Czas jazdy : start honorowy:  0:49:33
                     Start ostry:  15:03:57
Średnia prędkość ze startu ostrego  34,5
Średnie tętno:  144
Max tętno: 189
Spalone kalorie: 12137
Przewyższenie: 3850m

Pragnę podziękować Piotrowi Szafrańcowi który zaprosił mnie do drużyny i umożliwił tym samym poznanie nowych wspaniałych ludzi i start w tym pięknym wyścigu.
Pragnę również podziękować Bogdanowi Kramarczykowi który przenocował mnie u siebie i pomagał na trasie,
Jak również pragnę podziękować Marcinowi Cieluchowi, Michałowi Fickowi, i Mariuszowi Musiałkowi za wspólną pracę, wspólnie spędzony czas i radość na podium, chłopaki dodawaliście mi sił. 
Pragnę również podziękować naszym kierowcą którzy jechali z nami taki kawał drogi i pomagali na trasie gdyby nie oni nie było by takiego wyniku.
Jeszcze raz serdecznie dziękuję Panowie.
Dziękuję również wam czytelnicy, bo większość z was śledziła wyniki i trzymała kciuki za mnie, pomogło J Dziękuję

Wnioski : życie jest po to żeby stawiać sobie cele, dążyć do nich, spełniać się, czerpać radość z tego co  się robi, życie trzeba przeżyć a nie przeczekać. Nie patrz na innych, rób co robisz rób, to dobrze sumiennie i wytrwale a wyniki przyjdą same.   

Następny cel:  Bałtyk –Bieszczady 1008 km.

Film z dekoracji, jestesmy od 13 minuty - http://tvp.info/informacje/rozmaitosci/1-wyszehradzki-rajd-kolarski/11113969

Trochę dużo ale duży wyścig :) kolejne relacje będą krótsze. obiecuje :) cześć.


poniedziałek, 6 maja 2013

II Łańcucki Maraton MTB



 Długo zastanawiałem się czy startować w Łańcucie czy jechać na Klasyk Beskidzki - szosa, ostatecznie wybór padł na Łańcut.
Rano czułem że to nie mój dzień na ściganie, nie lubię ścigać się w tygodniu, ale siła wyższa. Do Łańcuta pojechaliśmy w okrojonym składzie : Ja, Lary, Janusz i Pan Waldek, reszta chłopaków pojechała na Klasyk. Pogoda z samego rana beznadziejna, z perspektywa poprawy, cóż pogody sie nie wybiera. O 9 przyjechał po mnie Kokil (Jacek Kłeczek) i spokojnie pojechaliśmy na start.
jak zwykle mnóstwo znajomych z każdym by się chciało zamienić kilka zdań. Szybkie zapisy bo biuro działało sprawnie, przebieranie ostatnie przygotowanie i "rozgrzewka" spiker woła wszystkich na start ustawiamy się z Zębatką w drugiej linii i spokojnie czekamy. Trasy nie znałem ani kilometra, nie wiedziałem czego sie spodziewać, na dodatek zaczęło padać- trudno. Start honorowy przez Łańcut pilotuje nas policja i dwóch motocyklistów ale stoimy w centrum - korki :) dolatujemy do startu ostrego i zaczyna się gaz, Marcin Kosterkiewicz od razu jedzie mocno ale trzymam mu koło, za chwile, trochę błota i zaczyna miotać mną jak szatan. trasa cały czas lekko pnie się w górę, nie czuje się najlepiej. do przodu przeskakuje Lary i narzuca mocne tempo a ja słabnę. Marcin tez odskakuje na kilkanaście metrów ale starałem się kontrolować odległość, wjeżdżamy na płyty
i zaczyna się wypłaszczenie, od razu blat i gonie Marcina - szybko go dochodzę i wyprzedzam, tak jakby czekał bo siadł na koło. Jechał z nami też Andrzej Ulam, jak się okazało mieliśmy tez sporą przewagę nad resztą ale dość dużą stratę do Larego. Wiedziałem że go nie dogonię, był szybszy.
Z kilometra na kilometr jechało mi się coraz lepiej, zaciągam na płaskim a Marcin mocno na podjeździe, mijamy bufet i zaczyna się płaski szuter lecimy mega szybko ale nie po zmianach ;/ Larego już nie było widać, wiedziałem że będę musiał walczyć o 2 miejsce Open. Ale walka zakończyła się mniej więcej w połowie dystansu lub nawet wcześniej przecinam oponę i kończę ściganie, rozcięcie spore - płyn sobie nie poradził z uszczelnieniem, zakładam dętkę a w tym czasie mija mnie sporo osób. Tak jak i z opony tak ze mnie w sekundzie "zeszło powietrze" odechciało mi się ścigać. Po założeniu dętki wsiadam na rower i zonk - łańcuch zakleszczony miedzy zębatkami
w korbie hmm jakieś 8 minut straty - dramat, jakoś sobie z tym radze i jadę dalej, dość mocno, mijam kolejnych kolarzy i małe grupki. Dojeżdżam do team-owego kolegi Janusza Łodeja
i jedziemy chwile razem- to jego 29 nawet leci. Na podjeździe niestety odpadł, Już na spokojnie bez szarpania, dojeżdżam do mety i kończę wyścig na 12 pozycji z czasem 1:35,44.



Co by było gdyby nie kapeć, nikt tego nie wie. Taki jest ten sport dlatego jest ciężki, trudny
i ciekawy. Rozcięta opona to tez przekreślona możliwość startu w Sandomierzu na Maratonie - mówi sie trudno i jedzie się dalej. za tydzień kolejny wyścig tym razem Cyklokarpaty pierwszy raz
w Wojniczu - zmierzę się z 89 kilometrową trasą, jestem dobrej myśli.
 




Pozdrawiam, trzymajcie się !!