17 Maja 2013 roku odbył się I Rajd Wyszehradzki ze startem usytuowanym w
Stolicy Węgier (Budapeszcie) z metą w Polsce na krakowskich błoniach. Trasa
biegła przez Węgry, Słowację, Czechy Polskę. Pomysłodawcą rajdu był Minister
Sikorski.
Cześć z was może nurtować pytanie dlaczego zdecydowałem się na takie coś, otóż
odpowiedz jest prosta – kasa, i się tego nie wstydzę gra toczyła się o naprawdę
spore pieniądze. O rajdzie dowiedziałem się od koleżanki Eweliny Szybiak która
jako pierwsza podesłała mi link do strony, pierwszy rzut oka i odpowiedziałem
że jadę, ale niestety chętnych z Rzeszowa nie było. Po wrzuceniu linku na fb,
Piotr Szafraniec zadał mi pytanie czy wytrzymam taki dystans, odpowiedziałem że
tak, no wiec zadał kolejne pytanie: Jeżeli zmontuje grupę, wchodzisz? aż mi
się wtedy gorąco zrobiło, ale zastanowienie nie trwało dłużej niż minutę,
odparłem że wchodzę.
I tak się to wszystko zaczęło, zmontowaliśmy bardzo mocną
grupę złożoną z Piotra Szafrańca, Bogusława Kramarczyka, Marcina Cielucha,
Michała Ficka, Mariusza Musiałka. Bogdan zorganizował dla nas busa to był
priorytet żeby w całości z rowerami zabrać się do Budapesztu jednym pojazdem,
plus dwóch kierowców. Gdy bus był ogarnięty, już nie było odwrotu,
przygotowania ruszyły pełna parą, aczkolwiek wszystko trzymaliśmy w tajemnicy
do ostatnich chwil. Jechaliśmy po dużą kasę, kolejne osoby które poszły by
naszym tropem byłyby dla nas potencjalnymi rywalami –a tego nie potrzebowaliśmy
brutalne ale prawdziwe.

Do samego startu miałem ok. 40 dni żeby się przygotować, fizycznie i jednak
psychicznie bo nigdy nie wiadomo jak organizm zareaguje na taki wysiłek i tyle
godzin spędzonych na siodełku. Zacząłem od wydłużenia treningów które trwały od
5 do 6,5 godziny typowej wytrzymałości i wytrzymałości siłowej. Do tego po
treningu praca jako kurier rowerowy też przyniosła zbawienny efekt. Przez ten
czas starałem się nabrać trochę tkanki tłuszczowej, regularnie spać i jeść o
stałych porach. Cały czas rozmyślając jak to będzie, żeby nie dać plamy, żeby
wytrzymać cały dystans. Dni mijały przejechanych kilometrów było coraz więcej.
Ostatni tydzień przed wyścigiem, przestałem trenować, żeby całkowicie
zregenerować mięsnie stawy więzadła i ścięgna. Miałem tez wymówkę żeby
w końcu
zmodernizować rower. Gdy już rower był gotowy obmyślałem co jeść podczas
wyścigu
i jakie ilości co pić i ile. Dostarczanie białka i aminokwasów podczas
takiego wysiłku jest niezbędne aby uchronić mięsnie przed „spaleniem”. Każdy z nas miał przygotowany specjalny
kartonik
z jedzeniem, żeby osoba w busie wiedziała co i komu podawać. Tak wyglądał mój kartonik, a
w skład tego
wchodziły.
- 15 Batony proteinowe
- 10batony węglowodanowe
- 8 zwykłe batony musli
- 6 bułek z białym serem półtłustym i łososiem wędzonym
- 4 bułki z nutellą
- 5 fiolek z magnezem
- aminokwasy Monster Amino
- izotonik w proszku do rozpuszczania.
- żele węglowodanowe z kofeina
- migdały, nerkowce, rodzynki, suszone morele,
- 6 bidonów
- 2 cole 0,5
Jak już wszystko miałem przygotowane i gotowe, została mi
kwestia dostania się z całym sprzętem do Kęt gdyż stamtąd wyjeżdżaliśmy całą grupą. Tak wiec dla mnie
wyjazd zaczął się już w czwartek kiedy to pół dnia spędziłem w autobusach, ale
w miarę sprawnie i szybko dostałem się do Bogdana. U niego spędziłem noc, żona
Bogdana przygotowała pyszną kolacje, po kolacji 2 lampki czerwonego dobrego
wina.
O dziwo usnąłem bardzo szybko, a budzik zaczął się drzeć już o 5. Po śniadaniu,
przyjechała reszta chłopaków i bardzo
sprawnie zapakowali rowery do busa, o 6 już byliśmy w drodze ku Granicy
i po
drodze odebraliśmy brata Bogdana drugiego kierowcę. I już spokojnie kontynuowaliśmy
podróż na Węgry. Prognozy mówiły że ma padać deszcz cały czas – trochę lipa
tyle km w deszczu. Droga strasznie się dłużyła, ktoś próbował spać, ktoś
opowiadał różne rzeczy. Mi nie udało się usnąć ani na 5 minut, może stres, może
dlatego że na siedząco ;) Jechaliśmy
kawałkiem trasy przez największy podjazd na trasie i dobrze zrobiliśmy
bo okazało się ze będzie to najtrudniejszy element trasy z racji na bardzo zły
stan nawierzchni i wycięte w nim dziury głębokości kilku cm, przy słabej
widoczności lub deszczu zjazd będzie ekstremalny pomyślałem. Nadal jechaliśmy przez Słowacje, i
zbliżaliśmy się do celu, a im byliśmy bliżej stres był coraz mniejszy. W końcu
po godzinie 14.00 dotarliśmy na miejsce. Szybko znaleźliśmy miejsce startu
usytuowane w bardzo ciekawym miejscu w centrum miasta. Zapisaliśmy się i
zaczęliśmy ostateczne przygotowania, sprzęt, ciuchy drugie komplety kół,
wszystko posegregowane i poukładane żeby ułatwić obsługę. Postanowiliśmy założyć
już nogawki
i rękawki żeby w razie chłodu nie zatrzymywać się i nie ubierać
gdyż każda czasowa strata mogła nas oddalić od dobrego wyniku. Mieliśmy tez
nadzieje że będzie czas na przebranie się w razie deszczu czy tez zjedzenie
czegoś na ciepło, chociaż kilka minut – to się naprawdę zaskoczyliśmy.
Zostało 30 minut do startu, wszyscy pojechaliśmy już na linie startu żeby
spokojnie czekać. Sam start był honorowy także wszyscy punktualnie o 16
ruszyliśmy przez miasto które policja zabezpieczyła idealnie, przejechaliśmy 20
km startu honorowego i dojechaliśmy w miejsce startu ostrego. Tam podzielili
nas na grupy 15 osobowe, oczywiście trochę zamieszania było, ale w końcu
ustawili nas na starcie jako 6 grupa. Nogi jak z waty wtedy dopiero pomyślałem
co ja robie – mam przejechać
533 km
jaaaaa, masakra. Wtedy miałem chwile zwątpienia, ale co by się nie działo nie
mogłem zrezygnować.
Start pod górę, od startu tempo dość spore. Patrzę na licznik tętno 189 wow,
myślę, że trzeba zwolnic. Podjazd był długi ale płaski już tam zaczęliśmy
doganiać wcześniejsze grupy. Przyszedł zjazd fajny szybki i już nasza grupka
była większa, osoby wyprzedzane podpinały się do nas. Pierwsze kilometry były
płaskie, tam mogłem trochę poszaleć. Pierwsze 119 km po zmianach przejechaliśmy w 2:36 szok. Jak zawodowy peleton. Bardzo szybko doszliśmy do początku wyścigu
formując przy tym ogromną grupę, od razu pomyślałem że nie utrzymamy takiego
tempa przez cały wyścig. Jak to na wyścigu szosowym trochę nudno raz na kole
raz na wachlarz całą szerokością jezdni, a zachowanie kierowców godne pochwały,
zatrzymywali się prawie w rowie widząc grupę kolarzy jadących na wachlarz. Było
bardzo szybko, pierwsze 150 km zleciało nawet nie wiedziałem kiedy. Jechaliśmy w stronę ogromnej chmury która
zwiastowała deszcz- niedobrze, patrzyliśmy po sobie i kręciliśmy głowami że
będzie źle. Podczas jazdy cały czas regularnie jadłem i piłem, nie czekałem na
uczucie głodu czy pragnienia, ważne było uzupełnianie białka węgli aminokwasów.
Profilaktycznie co 90 km piłem fiolkę z magnezem, sodem i potasem. Zaczęło się ściemniać
a tempo wcale nie malało średnia 38 cały czas, po 80 kilometrze zaczął się
pierwszy problem – obluzowała mi się lemondka no to od razu samochód serwisowy
i dostałem klucz imbusowy i podczas jazdy w peletonie dokręciłem ją i mogłem spokojnie jechać dalej. Po zmroku minęliśmy bufet na który nawet nie
spojrzeliśmy. Byliśmy już na Słowacji która ciągnęła się w nieskończoność, zły
stan dróg, które nie były oświetlone utrudniał jazdę, a prędkość nadal taka
sama. W dodatku zaczął padać deszcz zrobiło się trochę niebezpiecznie.
Pierwsza przerwa na jedynkę kilka sekund człowiek nawet nie zdążył i niestety
część w spodenki. Trochę nie fajnie ale nikt nie mówił że będzie łatwo.
Staraliśmy się pracować równo na zmianach, szybko
dynamicznie ale żeby nie przesadzać.
W
peletonie nikt nie wiedział że jedziemy razem i pracujemy na drużynę bo każdy z
nas miał inny strój – mieliśmy przewagę. Po drodze udało się nam rozerwać jedną
mocna drużynę jechaliśmy już spokojnie, w nocy już nie pamiętam który to był
kilometr dojechała do nas najmocniejsza grupa Coratec team z Kaiserem na czele.
Dojeżdżając do nas już mieli nad nami czasową przewagę. Chcieli nas przejść i
od razu urwać ale nie udało im się stanęliśmy na korby i doskoczyliśmy do nich.
Tempo było wysokie. Wiedzieliśmy że musimy się ich trzymać jak najdłużej się
da. Jedyny plus tego to, to, że zaczęli oni pracować a my mogliśmy trochę odpocząć.
Jadąc przez jakąś wioskę na Słowacji zobaczyłem na licznik, byłem już trochę
podjechany a na liczniku nawet polowy dystansu, nagle tak jakby asfalt się
skończył, ogromny uskok a cala kierownica w dół !!!!!! masakra, obróciła się w
mostku, to był meksyk, na szczęście miałem imbus przy sobie to poluzowałem
śruby na mostku i ustawiłem kierownice w dobrej pozycji – cały czas jadąc w
peletonie – dokręciłem śruby i mogłem spokojnie jechać. Podobało mi się że
ludzie w środku nocy siedzący w przydrożnych barach wychodzili do drogi patrzeć
kibicować i bić brawo, naprawdę miło. Zbliżaliśmy się do podjazdu największego
na trasie, wtedy już skończyło się wożenie na kole, Corratec mocno zaciągnął,
starałem się nie odpaść, jechałem swoim tempem, obok jechał Bogdan,
w pewnej
chwili zauważyłem że nie świeci mi lampa, a do szczytu i niebezpiecznego zjazdu
o którym pisałem został kilometr, panika co robić, czekać na samochód żeby dali
mi druga Lampe czy ryzykować zjazd w zupełnych ciemnościach z pierwsza grupą,
odpuściłem i czekałem na busa niestety nie podjechał i tak musiałem zjechać ten
zjazd sam bez świateł nie widać było dosłownie nic, hamulce zaciśnięte droga
mokra bo padał delikatnie deszcz, na szczęście jakiś zawodnik do mnie dojechał
i za nim spokojnie zjechałem. Na dłuższych prostych widziałem pierwsza grupę
Krota sporo mi uciekła. Dojechał tez Bogdan i chyba 3 osoby jeszcze. Za wszelką
cenę chciałem dojść do czuba ale już się nie udało. Tylko ja i Bogdan dawaliśmy
mocne zmiany a we 2 nie byliśmy w stanie ciągnąć grupki. Po chwili dojechał
samochód pilota i jechał przed nami, fajnie przynajmniej coś widziałem.
Spokojnie jechaliśmy swoje, po drodze dochodzili do nas kolejni kolarze. Na
szczęście
w pierwszej grupie zostało 4 naszych – super. Żeby tylko dojechali do
mety bez problemów i będzie 2 miejsce pomyślałem. Jechałem już w drugiej grupie
pościgowej, razem z nami jechali Polacy,i chyba 2 z Kadry Masters. Chłopaki z
Whirpoola dawali mega długie i mocne zmiany, aż miło. Też starałem się dorównać
i też pracowałem, mimo że zmęczenie było coraz większe. Zaczął się teren gór,
wiedziałem że nie będzie łatwo aczkolwiek zdziwiłem się bo grupka jechała
bardzo spokojnie na podjazdach nikt nie szarpał, płynnie równo. Cały czas
jechaliśmy w niezmiennym składzie. Z lewej podjechał pilot i z samochodu mówi
że na zjeździe jest dziura i drugi pilot będzie tam stał i oznaczał miejsce
awaryjnymi. Ale jak się okazało pilot zjechał z nami cały zjazd owsem miał
awaryjne ale dziury nie oznaczył – lipa, ale nikt w nią nie wjechał. Cały czas pamiętałem o jedzeniu, ale z
godziny na godzinę czułem że brzuch stawa się coraz pełniejszy, ale jeść i tak
trzeba. Batony które na początku były smaczne zaczęły smakować … okropnie.
Przejeżdżaliśmy kolejne kilometry. Na liczniku pokazał się 330 km fajnie ale
jeszcze kawałek do Czeskiej granicy i do punktu kontrolnego który był na 348 km
na szczycie góry. Zbliżaliśmy się do szczytu ale dla mnie było za wolno i zaczęło
mi się robić zimno, musiałem przyspieszyć i sam pierwszy przejechałem przez
granice i punkt kontrolny, ktoś stał z wodą bananem i krzyczał bufet, bufet.
Ale tylko go minąłem, zaczęła się seria zjazdów w Czechach, asfalt po prostu
bajeczny, żadnych dziur szeroko droga, położyłem się na lemondce i w środku
nocy 80 km na zjeździe, piękna sprawa, trochę zmarzłem ale to było do
przywidzenia. Chłopaki powoli mnie dochodzili na zjeździe, i tak w kółko to im
uciekałem na hopcei dochodzili mnie na zjeździe ale jechałem swoim rytmem i
równo. W którymś miasteczku zgarnęliśmy po drodze Mariusza z drużyny okazało
się ze miał kapcia i ktoś z innego busa dał mu koło i jechał dalej. Wiec była
nas 3 z drużyny w grupce – wiadomo raźniej.
Był już 360 kilometr.
A teren lekko opadał w dół, to przycisnąłem
mocniej a Mariusz pojechał za mną okazało się ze uciekliśmy od grupy, i tak
jechałem na zmianie kilka km dość szybko. Stwierdziłem ze bez sensu bo nas dojdą przed hopkami to zwolniłem i pozwoliłem żeby do nas dojechali. Tak
tez się stało, jechaliśmy znowu razem, a brzuch zaczynał mnie coraz bardziej
bolec, wiedziałem ze będą przeboje.
Pytam czy komuś się chce jedynkę , odpowiedz ze nie, no to musiałem w
spodenki. Ktoś powiedział że do Cieszyna mamy rzut beretem. Od razu zrodził się
pomysł zaatakowania przed granicą i uciekania na hopkach które były od Cieszyna.
Chłopaki słabo jechali na podjazdach, wiec na ostatnim przed granicą zaatakowałem
i Mariusz razem ze mną, szybko zrobiliśmy kilkadziesiąt metrów przewagi i na
zjeździe tylko ją powiększyliśmy, wjechaliśmy do Cieszyna minęliśmy granice(400
kilometr jeszcze 133) i tutaj czar
prysł, pilot już w Cieszynie nie wiedział gdzie jechać, skrzyżowania nie były
wcale obstawione – Polska, W Cieszynie zaczęły się hopki no to z Mariuszem
wspólnie pracowaliśmy żeby zrobić przewagę, on pracował w górę ja po płaskim, i tak na zmianę.
W Bielsko Białej zaczęły się cyrki,
pilot jadący przed nami, nie wiedział gdzie jedzie, błądziliśmy po ulicach
Bielska raz w prawo raz w lewo nerwy mi puszczały, gdy już myślimy ze jedziemy
dobrze gość skręca w lewo i się zatrzymuje – nawraca i mówi że to nie tu, no to
krzyczę czy wiesz człowieku gdzie masz jechać – kręci głową że nie - załamałem
się. Wtedy zaczęła się walka z własnymi myślami: „dojedziemy w ogóle do mety
czy nie, ile kilometrów dołożymy, zaraz dogoni nas grupa, stracimy przewagę,
taki wyścig i taka wtopa, żeby nie był o tak że przyjedziemy na metę a grupa z
tyłu będzie już na mecie, dramat, nie chce m i sie już jechać odechciało mi
się, cała praca poszła na marne, tyle poświecenia tyle czasu a jakiś debil nie
wie gdzie ma jechać.” W końcu dojeżdżamy do dobrej drogi, zaczynają się wypłaszczenia,
wjeżdżamy i mijamy Kęty, do mety coraz bliżej ból brzucha jest nie do
zniesienia. Ale jedziemy dalej twardo blat oś 40 km/h tętno 120 WOW !!! o co
chodzi, wtedy przypomniałem sobie słowa Piotrka Szafrańca, noga po 250 km już sama
leci. Oglądamy się do tyłu i widzimy goniąca nas grupę, wiedziałem że nas
wchłoną i tak się stało, znowu jechaliśmy w drugiej grupie, szybka przerwa na
siku tym razem się zatrzymali. Ulga ale brzuch bolał tak strasznie że gdybyśmy
nie jechali po kasę pewnie bym się zatrzymał i odpuścił. Wjechaliśmy na
płaskie odcinki lecz Bogdan mówi ze będzie kilka hopek jeszcze, pomyślałem ze
może będzie okazja zaatakować, ale
niestety przegrałem z bólem brzucha. Nie atakowałem. Jedyną rzeczą której się
balem na trasie to znużenia i senności, i prawidłowo, na płaskim odcinku
zaczęło mi się kręcić w głowie i oczy się zamknęły – przysnęło mi się a nogi
dalej kręciły, nagle strzał w nadgarstki mnie obudził – dziura w jezdni uff.
Zostało 30 km do mety według licznika. Nic mnie nie bolało albo bolało tak
bardzo ze organizm nie zwracał już na to uwagi, ale każda nierówność w drodze
każda chropowatość asfaltu odczuwał mój brzuch, na prawdę wtedy miałem dość.
Odliczałem ostatnie kilometry do Krakowa. Wtedy to była droga przez mękę, łzy
cisnęły się do oczu z bólu, pomyślałem – jak wjadę na metę padnę trupem i usnę
przy pierwszym drzewie. Pilot przed nami jeszcze przed samym Krakowem nas
przeciągnął po jakichś wiochach, minęliśmy znak Kraków – byłem szczęśliwy, myśl
o tym że cały czas jechałem w 2 grupie i nie było naszych chłopaków dodawał mi
sił bo wiedziałem ze utrzymali się w 1 grupie. W pewnym monecie ni stąd ni z
owąd pojawiły się błonie, ostatni zakręt, w lewo ostatni zakręt w prawo
ostatnia prosta i wykrzesaliśmy z siebie trochę sił żeby zafiniszować.


Meta – zdziwiłem się ze zmęczenie minęło ból brzucha się zmniejszył, mogłem
spokojnie porozmawiać z kolegami, był tez i Tata, naprawdę fajnie. Od razu
zdjęcia, kamery, pamiątkowy medal i koszulka, rozdzwoniły się telefony. Byłem szczęśliwy aczkolwiek nie docierało do
mnie ze pokonałem w sumie 540 km w 15 godzin i 8 minut ze średnią 34,4. Mimo że
zmęczony czułem się że mogłem przenieść góry. Coś wspaniałego. Miny ludzi
- którzy tam byli i patrzyli na nas
kolarzy którzy przejechali ponad pół
tysiąca km bez przerwy mają siłę się cieszyć śmiać się i uśmiechać – były
bezcenne. Patrzyli na nas z niedowierzaniem i z podziwem. Bardzo się ucieszyłem
gdy zobaczyłem pozostałych kolegów z drużyny na mecie którzy czekali na nas i
jako pierwsi przejechali linie mety, coś niesamowitego. Jeden za wszystkich
wszyscy za jednego chce się powiedzieć – ale na tym właśnie polega praca w
zespole. Dałem z siebie tyle ile mogłem, żałuję że nie zaryzykowałem na tym
zjeździe i odpadłem od nich. Teraz już niema co gdybać, zadanie każdy wykonał,
każdy dojechał do mety, nic się nikomu nie stało, wywalczyliśmy 2 miejsce w
klasyfikacji drużyn – byłem naprawdę szczęśliwy.

Podsumowując – wyścig piekielnie ciężki, warunki były nawet dobre, logistyczne
zaplecze super, wysiłek ogromny, co najważniejsze, dużo jeść, dużo pić, jechać
z głową, wrażenia wspaniale, niesamowite zadowolenie z samego siebie że jest
się w stanie cały czas 15 godzin w siodełku.
Żadnego bólu kolan pleców ramion czy rąk. Na dzień dzisiejszy wiem że jeżeli za
rok będzie taki wyścig to na pewno go powtórzę, będę wiedział więcej, jak się
przygotować, jak przygotować oświetlenie. Nie wiem czy jestem szalony czy odważny nie
traktowałem tego jako wyzwanie czy przygodę tylko jako bardzo trudny wymagający
i długi wyścig o spore pieniądze.
Co do organizacji Węgry zabezpieczenie super, Słowacja tak samo bezpiecznie i
solidnie, Czechy troszkę gorzej ale zabezpieczenie było, Polska – zero zabezpieczenia
zero obstawy skrzyżowań, rond czy miast – ale to Polska w sumie
tego się spodziewałem, bo zawsze nastawiam się na najgorsze ze strony Polski.
Trochę cyferek
Łączny dystans :
Start honorowy + start ostry: 542,8 km
Czas jazdy : start honorowy: 0:49:33
Start ostry: 15:03:57
Średnia prędkość ze startu ostrego 34,5
Średnie tętno: 144
Max tętno: 189
Spalone kalorie: 12137
Przewyższenie: 3850m
Pragnę podziękować Piotrowi Szafrańcowi który zaprosił mnie do drużyny i
umożliwił tym samym poznanie nowych wspaniałych ludzi i start w tym pięknym
wyścigu.
Pragnę również podziękować Bogdanowi Kramarczykowi który przenocował mnie u
siebie i pomagał na trasie,
Jak również pragnę podziękować Marcinowi Cieluchowi, Michałowi Fickowi, i
Mariuszowi Musiałkowi za wspólną pracę, wspólnie spędzony czas i radość na
podium, chłopaki dodawaliście mi sił.
Pragnę również podziękować naszym kierowcą którzy jechali z nami taki kawał
drogi i pomagali na trasie gdyby nie oni nie było by takiego wyniku.
Jeszcze raz serdecznie dziękuję Panowie.
Dziękuję również wam czytelnicy, bo większość z was śledziła wyniki i trzymała
kciuki za mnie, pomogło J
Dziękuję
Wnioski : życie jest po to żeby stawiać sobie cele, dążyć do nich, spełniać się,
czerpać radość z tego co się robi, życie
trzeba przeżyć a nie przeczekać. Nie patrz na innych, rób co robisz rób, to
dobrze sumiennie i wytrwale a wyniki przyjdą same.
Następny cel: Bałtyk –Bieszczady 1008
km.
Film z dekoracji, jestesmy od 13 minuty - http://tvp.info/informacje/rozmaitosci/1-wyszehradzki-rajd-kolarski/11113969
Trochę dużo ale duży wyścig :) kolejne relacje będą krótsze. obiecuje :) cześć.