Rowery

czwartek, 11 lipca 2013

Bolesny Pruchnik


6 lipiec 2013, wyczekiwany prze zemnie dzień, maraton w Pruchniku. Świeże informacje z trasy - większość sucho, gdzieniegdzie błoto, interwałowa trasa. Biegnie ona w drugim kierunku niż w roku ubiegłym. Miałem kilka dni na przypomnienie sobie jak wyglądała trasa. W myślach przywoływałem obrazy z poszczególnych odcinków i gdzie popełniałem błędy. Spoko pamiętam trasę, wiem mniej więcej gdzie i kiedy będzie trudny moment. Pogoda rewelacja, słońce, ciepło tak jak lubię. O samo przygotowanie – oznaczenie trasy byłem spokojny, bo w Pruchniku jedzie się dosłownie jak po sznurku.





 

Zapisy, przygotowanie wszystko sprawnie i szybko - fajnie. Rozgrzewka i ustawiam się w sektorze w pierwszej lini, obok mnie Ostry (Bogdan Ostrowski z Elzat Regamet Bieniasz Team). Słońce przygrzewa, a ja „ładuje baterie”.  Każda trasa ma takie kluczowe dla mnie miejsca, w tym wypadku w Pruchniku jest pierwszy długi asfaltowy podjazd, niby 2,5 km pod górę. Ważne żebym utrzymał się w czubie, a potem jakoś pójdzie. Od startu jest gaz, spokojnie, ale dość szybko zaczynam wspinaczkę, chłopaki sobie nie żałują - od razu lecą na prędkości. Koster zaciąga, Kris tez nie odpuszcza. Miałem cel, utrzymać się za Arkiem jak najdłużej i nie dawać mu zmian. Jak się okazało nie musiałem. Z dużej grupy szybko formuje się czołówka, na czele której jechał Łukasz Olejarz i dobrze bo zna trasę jak własną kieszeń. Za nim Zbyszek Kszesiński, Kris, Arek i ja. Łukasz jedzie mega mocno, widać że chce wygrać - w końcu jest u siebie. Co jakiś czas Arek spogląda czy jestem. Nie odpuszczałem. Tak jak bez problemu idą mi podjazdy, tak w błocie, które się pojawiło po raz kolejny, popełniam kilka błędów. Chłopaki mi uciekają na kilkanaście metrów i powiększają przewagę. Samotnie już nie znając „ścieżek” musiałem ich gonić. Przy okazji powiem, że oznaczenie trasy perfekcyjne, bez żadnych zastrzeżeń. Bardzo długo jechałem sam, odwracając się nie widziałem za sobą nikogo. Kolejne podjazdy pokonuje nad wyraz szybko i w oddali widzę chłopaków. Wyjeżdżam z lasu na szutrową drogę, trochę pod wiatr. Rozpędzam się i mijam Krisa, który na chwile tylko łapie się na koło, szkoda - myślałem ze go trochę podciągnę, ale na spokojnie dogonił mnie na zjeździe.  
 

Przejazd przez strumyk i  kawałek dziurawego asfaltu, znowu mijam Krisa i powiększam nad nim przewagę. Zaczął się podjazd po kamienistej drodze i dzieje się coś niedobrego – łapie mnie mega skurcz w brzuchu, nie wiem co to może być, a przede mną jeszcze drugie tyle dystansu, dramat. Na siłę wciskam w siebie żel i fiolkę magnezu i to by było tyle, resztę  wyścigu na sucho, bo nie mogłem ani pić ani jeść. Przestałem już myśleć o tym, aby dogonić Arka, a zacząłem myśleć, żeby tylko dojechać do mety utrzymując pozycje. Drugą pętle jadę wolniej, czując każdą nierówność terenu „w brzuchu”, zwijałem się z bólu na tym rowerze. Wciskałem w siebie choć trochę izotonika, ale nie wchodził. Ostatni podjazd, a raczej podejście, pokonuje z buta, ale dość szybko, żeby utrzymać drugie miejsce Open. Ostatni zjazd zjeżdżam asekuracyjnie, bo jest zdradliwy – sporo osób się o tym przekonało w latach ubiegłych. I jeszcze tylko kilometr i stadion, a na nim meta. Przejeżdżam linie mety, i padam na murawę stadionu, żeby rozciągnąć obolały brzuch. 73 km wyścigu, z czego ponad 30 km w cierpieniu, pokonane w 3:29:00 ze średnią prędkością 20,9, o jednym żelu, jednym małym bidonie i jednej fiolce magnezu. Ostatecznie 2 miejsce w kategorii i 2 miejsce w całym wyścigu. Może dobrze, może źle, jak dla mnie słabo, tracę 10 minut do Arka. Gość jest dla mnie zagadką i niech tak zostanie. Musicie wybaczyć, że mało szczegółowo, ale średnio pamiętam drugą pętle, liczyło się tylko dojechanie do mety. 

   
 





 






Jeszcze raz przypomnę o oznaczeniu trasy, PERFEKCYJNE! Tak samo jak w Strzyżowie, tak i w Pruchniku trasę przygotowywały osoby które wiedzą jak to robić i chwała im za to. Z mojej strony mogę im tylko podziękować za prace włożoną w przygotowanie. Pruchnik to dobre miejsce na ściganie o ile nie pada ;)
Następna jest Dukla tam też będzie ciekawie. Do zobaczenia na miejscu. PA    

środa, 26 czerwca 2013

Cyklokarpaty - Polańczyk.



23 czerwca 2013. Kolejny maraton Cyklokarpaty, tym razem zawitał do Polańczyka. Pierwsze informacje o trasie przewidywały, że trasa będzie trudna i naprawdę wymagająca. Po starcie w Strzyżowie, postanowiłem że 2 tygodnie przepracuje naprawdę ciężko. Kilka treningów dystansowych powyżej 150 km, kilka treningów po górach za każdym razem powyżej 100 km i powyżej 2000m w pionie i kilka treningów szybkościowych. Niekiedy 2 treningi dziennie. Pogoda nakręcała mnie jeszcze bardziej do trenowania. W czwartek przed wyścigiem dostałem aktualne informacje z trasy: trasa sucha, szybka, typowo wytrzymałościowa. Aż dziwne bo to w końcu Polańczyk dość sporo gór, ale jak się okazało wyścig pode mnie – fajnie. Ale czy do końca? W piątek robie ostatni mocny trening interwałowy. Pogarszająca się pogoda zwiastuje błoto, ale i tak byłem dobrej myśli, że tego błota będzie niewiele. Przygotowałem się naprawdę dobrze. Sobota minęła pod znakiem odpoczynku, odpoczynku i jeszcze raz odpoczynku, dobrego jedzenia i „ładowania akumulatorów”.
Dzień wyścigu – deszcz, błoto, zimno, zwrot pogody o 180 stopni z przed kilku dni, od razu ostudził mój zapał do ścigania, ale dobre przygotowanie mogło zaowocować wynikiem.
Start, nietypowo bo pod górę, dlatego staję lekko z tyłu i po starcie wiozę się na kole innych zawodników. Pierwsze odcinki asfaltu, przepycham się do przodu, najeżdżam na nierówność w drodze i słyszę delikatny trzask, pod 4 literami, zlekceważyłem to i jechałem dalej. Zaczął  się naprawdę bardzo szybki zjazd i z prędkości ponad 50 km/h wyhamowanie praktycznie do zera,  zakręt 90 stopni w lewo bardzo słabo oznaczony, bo do ostatnich metrów nie było wiadomo gdzie skręcić. Przez chwile martwiłem się, żeby tylko nikt z jadących za mną na mnie nie wpadł. Przejeżdżam, jest ok. Pierwsze metry za asfaltem opony już zapychają się błotem, przejeżdżam przez błotną kałuże, dojeżdżam do strumienia, chce zejść z roweru, i nagle poczułem ogromny ból, nie powiem gdzie. W sekundzie odechciało mi się dalszej jazdy. Zacisnąłem zęby i przebiegam z rowerem przez strumień, spoglądam na siodełko i lipa, karbonowe siodełko od chińczyka pęknięte – i niech nikt nie mówi, że chińczyk robi dobre rzeczy!!! Był może 3 - 4 kilometr trasy, do przejechania jeszcze niecałe 70, pojawiła się myśl, jazdy na stojąco, ale gra niewarta świeczki – odpuściłem i dobrze, bo jak się później okazało trasa była oznaczona tragicznie, bo skoro czołówka wyścigu gubi się 2 lub 3 razy i strażak obstawiający trasę kieruje zawodników nie tam gdzie powinni jechać to chyba coś jest nie tak. Ale winnych oczywiście niema. Takie coś naprawdę odbiera chęci do ponownego przyjazdu  w to miejsce.  
 

Z mojej strony to tyle, wiele osób z którymi rozmawiałem, mają już serdecznie dość takiego podejścia organizatorów, osób oznaczających trasę - po partacku do, jakby nie patrzeć, dużej imprezy.
Szkoda, ale robi się coraz gorzej.

Kolejny start za 2 tygodnie w Pruchniku, tam osoby wyznaczające i oznaczające trasę wiedzą jak to się robi, bo sami jeżdżą na rowerach i się ścigają. Oznaczenie musza być widoczne dla kolarzy, którzy jadą niekiedy ponad 50 km/h bez potrzeby rozglądania się i szukania strzałek, a nie dla osoby jadącej 10 km/h która ma czas się rozglądać i szukać oznaczeń.  
Do zobaczenia w Pruchniku. PA.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Cyklokarpaty - Strzyżów



Bardzo długo zbierałem się żeby napisać coś o maratonie w Strzyżowie.Właściwie mógłbym to zrobić w kilku zdaniach, a nawet słowach, ale to była za dobra impreza żeby jej nie opisać. W piątek przed maratonem, jak i w dzień wyścigu strasznie, ale to strasznie nie chciało mi się ścigać. Zero motywacji, zero chęci, sam nie wiem dlaczego – może przez aurę, która wcale nie rozpieszczała i w lasach było okropne błoto. No nie, kolejny maraton w błocie –pomyślałem. Sam fakt, że startowaliśmy w okrojonym składzie i praktycznie byliśmy bez szans na wygranie generalki, też nie nastrajał. Wszyscy jechaliśmy tylko po indywidualne wyniki. Jedyną rzeczą, a raczej jedynymi ludźmi, którzy sprawili, że znalazłem w sobie chęci do ścigania –to ekipa ze Strzyżowa, która wie jak zrobić dobry wyścig. Pogoda w piątek dramat, deszcz, trochę gradu – kumulacja. Nigdy nie ścigałem się w Strzyżowie i nie wiedziałem, czego się spodziewać, tylko tyle co ze słyszenia wiedziałem, że trasa będzie ciężka, trochę niedowierzałem i zlekceważyłem te informacje. Jak się okazało bardzo nie słusznie.
 
Dzień startu przywitał nas piękną, słoneczna pogodą. Wiedziałem, że będzie duszno - mmm coś dla mnie. Do Strzyżowa pojechałem z Kokilem. Od razu szybka zapłata za wpisowe, przebieranie, ostatnie przygotowania, drugie śniadanie i na miejsce startu. Tak coś czułem że chłopaki nie odpuszczą mi zdjęcia z ostatniego wyścigu i wymyślili mały upominek w formie koszulki z trafnym napisem. Naprawdę mega pozytywne, rewelacja liczy się poczucie humoru J. Staliśmy już w sektorach, ale nadal nie miałem ochoty na jakikolwiek wysiłek. Końcowe odliczanie - „Start” i zwrot odczuć o 180 stopni, pierwszy asfaltowy podjazd, o którym się osłuchałem wiele, przeleciałem sobie z blatu atakując końcówkę, szkoda, że szybko się skończył i zaczął się kolejny podjazd po kamieniach. Straciłem kilka pozycji, ale szybko je odrobiłem i jechałem na czele wyścigu. Fajnie – ciepło, duszno i w miarę sucho. Seria podjazdów przepleciona kilkoma krótkimi zjazdami doprowadziła nas do kolejnego asfaltu i długiego zjazdu. Wrzuciłem wszystko co miałem 42-11 i co sił w dół za mną był tylko Arek, i tak we dwóch jechaliśmy spory odcinek. Jadąc jeden obok drugiego zaczęła się dyskusja, od tak wzięło nas na wspominki z pierwszych wyścigów pucharu smoka i innych. Jadąc spokojnie jednym tempem z Arkiem czułem się rewelacyjnie. Bardzo odpowiadał mi ten rytm i ta prędkość – szybko, mocno, ale z zapasem siły. Pierwszy szybki zjazd w lesie i Arek ucieka mi na kilka metrów, się okazało, że jednak na więcej, bo wyjechałem z lasu na małą polankę, wjazd na asfalt duża prędkość i kontem oka zobaczyłem strzałkę w lewo, a ja przestrzeliłem i pojechałem prosto, szybka nawrotka i goniłem Arka. (P.S myślę, że to miejsce na kolejny maraton pasowałoby lepiej oznaczyć).Znowu jadę z Arkiem, a po chwili dojeżdża do nas Łukasz Olejarz z Andrzejem Ulmanem – widać sporo się napracowali żeby do nas dojść. I jechaliśmy w 4, a gdzieś z tyłu widziałem Bogdana Ostrowskiego (mega mocny, kat. M4). W 4 dojechaliśmy do pierwszego technicznego podjazdu w lesie, bez problemu 
podjeżdżamy z Arkiem, pozostałą dwójka w tym czasie od nas odpadła. A z Arkiem nadal dyskutując jedziemy kolejne metry podjazdów i tak we dwóch dojeżdżamy do pierwszego bufetu. Wiedziałem, że to za piękne żeby było prawdziwe, że jeszcze jadę z nim. Dojechaliśmy do wjazdu na teren Rezerwatu Herby i tam popełniłem pierwszy i największy błąd, mały rów, a ja przejeżdżając go nie zredukowałem przełożenia i za przeszkoda stanąłem w miejscu – lipa. Arek zaczął odjeżdżać, tam też zaczął się techniczny i trudny, ale zarazem świetny odcinek, który dostarczał wiele frajdy. Arek w błocie czuje się tak dobrze jak ja na suchym, wiec z sekundy na sekundę po prostu znikał mi z pola widzenia. Na pierwszym pomiarze czasu miałem już minutę straty. A po punkcie kontrolnym hmm, wąwóz, szczena mi opadła. Ciężko to opisać, ale podchodząc go 2 razy zdarłem skórę z pięt. A za pierwszym razem przy kocówce wąwozu trochę się pogubiłem i tam doszedł mnie Kszysiek Gajda, nie moja kategoria to spokojnie mogłem jechać za nim. Jedziemy razem dość długo, ale przy drugiej pętli przez „Herby” Krzysiek mi odjeżdża.
Drugi raz zjeżdżam już szybciej, w pewnym momencie za szybko i zaliczam drobny dzwon, ale kask ratuje głowę. I znowu drugie podejście wąwozem, trochę ciężko bo musze mijać innych zawodników raz z lewej raz z prawej strony. Doczłapałem na szczyt i pojawiło się uczucie ulgi że ostatni raz podchodzę ten odcinek. Już spokojnie w równym rytmie dojeżdżam do rozjazdu Mega/Giga i tym razem skręcam w prawo do mety. W tym momencie uświadomiłem sobie, że nie wiem ile km mam do przejechania, a ile mi zostało. Zaczęła się sekcja krótkich podjazdów i zjazdów. Wada wzroku dawała o sobie znać w ciemnych miejscach w lesie. Ale mega frajda na zjazdach. Dość szybko dojeżdżam do ostatniego bufetu biorę kubeczek, dostaje informacje ile mam straty do jadących przede mną. Że też do głowy mi nie przyszło zapytać się ile km mam do mety. Zaczął się przyjemny odcinek dość łatwy i szybki, ale poprzednia część trasy dawała się we znaki, gdyż czułem się już zmęczony i wypatrywałem końca. Coś mi się ubzdurało, że mam 60km do przejechania, ale gdy wyjeżdżając za zakrętu ukazała mi się Sucha Góra i nadajnik złapałem się za głowę i pomyślałem – gdzie ja dopiero jestem i ile to jeszcze do mety. Wiedziałem, że jeżeli przesadzę z szybkością to nie wystarczy mi sił i mnie odetnie. Dlatego kolejne podjazdy pokonywałem wolniej i równo bez szarpania. Na kolejnych podjazdach mijam znajomych z dystansu Mega. Strasznie się ucieszyłem, gdy w końcu zobaczyłem po prawej stronie Strzyżów, kilka zjazdów polnymi drogami, potem asfaltowymi przejazd przez kładkę i wjazd na metę. Rezultat 2 miejsce w kategorii GM2 i 3 miejsce open.


To był naprawdę wyczerpujący wyścig, trudny i ciężki, ale zarazem bardzo ciekawy i satysfakcjonujący.
Organizatorem był KS Strzyżów MTB Team, dlatego można się było spodziewać takiej trasy i naprawdę świetnej organizacji.
Cieszę się że tam wystartowałem mimo że strasznie mi się nie chciało – było warto !!!



Kolejna edycja 23 czerwca w Polańczyku, pewnie też będzie ciężko, ale nikt nie mówił że to łatwy sport.

Trzymajcie kciuki, pa                            

poniedziałek, 27 maja 2013

Cyklokarpaty - Kluszkowce



 25 maj, dzień maratonu Cyklokarpat. Nie zdążyłem jeszcze ochłonąć, wypocząć i nabrać sił po wyczerpującym Rajdzie Wyszechradzkim, a już nadszedł czas kolejnego startu. Na miejsce przyjechałem dzień wcześniej. Dzięki temu mogłem spokojnie zjeść kolacje, przygotować wszystko i bez zbędnego pośpiechu w sobotę, udać się na start.
Poranek przywitał nas deszczem i niska temperaturą. Wiedziałem, że nie będzie lekko, przypominałem sobie co przeżywałem  2 lata temu, gdy też tu startowałem na dystansie Mega, a w tym roku czekał mnie dystans Giga. Na start przyjechaliśmy przed 10 rano, pochmurno, zimno i mokro, aż się odechciewało jazdy. Czując w nogach „Wyszehrad” nastawiałem się tylko na przejechanie i ukończenie wyścigu niezależnie na którym miejscu – byle tylko zaliczyć start.
Ustawiam się w sektorze trochę z tyłu, inaczej niż zwykle, oddaje bidon dziewczynom, które miały być na bufecie, sobie zostawiam tylko jeden. W głowie pojawia się dziwna myśl lub na tyle znam swój organizm, że pozwala mi przewidzieć niektóre rzeczy: dziś będzie kryzys i będzie mi naprawdę ciężko.




Wystartowaliśmy, posłuchałem głosu rozsądku, który mówił, żeby pojechać początek bardzo spokojnie, ale nie odstawać od rywali z dystansu Giga. Tempo jak zwykle wysokie, czuje że jadę już nad progiem beztlenowym, kolejny raz powtórzyłem sobie, że to będzie ciężki wyścig. Zacisnąłem zęby i nie odpuszczałem. Jechałem dość daleko od pierwszej grupy, chyba na 4 pozycji w śród zawodników z mojego dystansu. Trzymałem się team-owego kolegi Wiktora Łyszczarza, który również startował na Giga. Czułem się naprawdę źle, i fizycznie i psychicznie. Dojechaliśmy do pierwszego stromszego podjazdu i wtedy nadszedł kryzys – ból pleców, zmęczenie, niechęć do jazdy, w nogach czułem taki ból, jakby ktoś odrywał mi mięśnie od kości. Wtedy pojawiła się myśl, żeby zjechać na Mega, bo po prostu nie dam rady, ale wiązało by się to z dyskwalifikacją – trudno, nie jestem robotem –pomyślałem. I jechałem nadal do przodu,  oczekując i bufetu, żeby dostać drugi bidon i rozjazdu MEGA/GIGA. Dojechał do mnie Łukasz Szumiec, a po chwili Marcin Kosterkiewicz. Złapałem się na koło i jechałem za nim dość długi odcinek, średnio pamiętam kolejność zdarzeń bo już byłem wyjechany. Kryzys trzymał mnie do kolejnego długiego podjazdu, Marcin zaczął odjeżdżać, a ja jeszcze bardziej słabnąć. Ledwo dotoczyłem się na szczyt. Chyba po 30 kilometrze kryzys minął i zacząłem się na nowo rozkręcać, doszedłem znowu do Marcina, w oddali widziałem Wiktora. Powoli zaczynałem go doganiać i uciekać Marcinowi. Na kolejnym podjeździe, ktoś mnie minął i powiedział, że się zgubili – chłopaki z Mega. Kilkanaście metrów dalej wyprzedziłem Wiktora i zacząłem wspinać się pod podjazd w towarzystwie „megowców”, czując się coraz lepiej i jadąc coraz szybciej. Kontem oka po lewej stronie miedzy drzewami zobaczyłem jakaś niebieską strzałkę, przyglądnąłem się dokładnie, okazało się że był to kierunek drugiej pętli (GIGA) praktycznie niezauważalny :/. Pożegnałem się z kolegami i zjechałem na swój dystans. Mogłem jechać spokojnie powiększając przewagę nad resztą. Do końca nie wiedziałem kto jest przede mną – sądziłem że tylko Łukasz i Arek. Po wjechaniu na kolejny szczyt zaczęła się seria technicznych zjazdów, następni spory odcinek asfaltowy. Tutaj mogłem sporo zyskać, duży blat z przodu i prędkość wzrosła o 3 oczka, droga cały czas pięła się lekko do góry. Zobaczyłem Łukasza i spokojnie zmniejszałem odległość między nami. Dość sporo czasu jechaliśmy razem, zaczęła się kolejna długa wspinaczka. Łukasz niestety odpadł  na podjeździe. Już samotnie pokonywałem kolejne kilometry z nadzieją, że gdzieś za zakrętem wyłoni się bufet, a tam dziewczyny z bidonem, bo w moim już kończył się płyn – niestety nie. Zaczęła się sekcja asfaltów i słabego oznaczenia. Prawie jak jazda na orientację, pojawił się podjazd, a na nim 2 drogi, prawo i lewo – loteria. Jadę w prawo i pytam ludzi czy ktoś tędy jechał przede mną. Jadę dalej i widzę w końcu jakieś oznaczenie, ostry skręt w lewo i kolejna wspinaczka asfaltowa, a potem szutrową drogą. Podjazd bez końca, z przodu nikogo z tyłu nikogo. Zwalniam żeby nie przesadzić, w spokojnym tempie kontrolując tętno pokonuje kolejne kilometry podjazdu, lekkie wypłaszczenie i bufeeeeet, ale dziewczyn niema – szkoda. Zaczyna się ostatni najdłuższy podjazd, kilometry uciekają płyn w bidonie się kończy piję ostatni łyk. Wiem, że zbliżam się do szczytu z myślą ze jeszcze tylko zjazd i meta. Podjazd okazał się droga przez mękę – błoto, błoto i jeszcze raz błoto. Każdy ma tak samo, pomyślałem i jechałem dalej. W pewnym momencie spojrzałem przez ramie i zobaczyłem goniącego mnie Bogdana Ostrowskiego. Oj trzeba będzie na zjeździe mu uciec. Zaczął się ostatni najdłuższy błotnisty zjazd, tym razem zaryzykuję – pomyślałem. Zjazd utrudniali zawodnicy kończący dystans Mega, wyprzedzałem raz z jednej raz z drugiej strony, bardzo ryzykując, ale opłaciło się, zyskałem przewagę nad Bogdanem na tyle dużą, że ostatni podjazd do mety (o którym zapomniałem) mogłem pojechać w miarę spokojnie, jeszcze tylko zjazd do mety i koniec tej męki: 3 miejsce w kategorii i 3 miejsce Open . Miało być 88 km wyszło 92,9 km, 2750m w pionie sporo. 




A teraz realia. Jadąc taki dystans, w takich warunkach i płacąc za to, czegoś się wymaga, po rozjeździe na Giga oznaczenie trasy - ubogie, żadne skrzyżowanie nie obstawione, nikogo, kto by pokazywał kierunek jazdy w newralgicznych miejscach, sporo jazdy na orientacje i szukanie jakichś śladów opon roweru czy motoru żeby się upewnić czy dobrze jadę. 2 bufety na początku trasy, a potem długo, długo nic – nie tak to wszystko powinno wyglądać. 
Człowiek tyra całą zimę, żeby jakiś wynik zrobić, zarzyna siebie i sprzęt w błocie na takiej trasie. 
A w zamian od organizatorów za 3 miejsce w kategorii dostaje kawałek sklejki i reklamówkę a tam okulary, gazeta i malutki katalog Kellysa - po co to? Żeby zapchać reklamówkę? Nie wiem czy to chciwość organizatorów, czy może nie mają pieniędzy z wpisowych... (opłaty - 50 - 60 - 70 pln, średnio ponad 200 osób) lub niezliczeni sponsorzy, nie dostarczają im nagród aby jakoś godnie nagrodzić zawodników za trudy.
Niech każdy się przyglądnie na zdjęciach ile wisi banerów, ile jest kolorowych reklam, niech każdy sobie przypomni jakie były obietnice organizatorów na ten sezon. Ale z roku na rok jest coraz gorzej. I nie tylko ja mam taką opinie. Organizator nic sobie z tego nie robi, nie wyciąga wniosków. Dalej popełnia jedne i te same błędy. Przykre ale prawdziwe. Określenia z jakimi się spotykam od innych: "kpina, żenada, jakieś jaja..."



A i dodam jeszcze jedno - dziewczyna!!! Jedyna odważna, za co jej gratuluję pojechała na dystans Giga, jadąc: 8:26:32 !!!  I automatycznie wygrywając wyścig dostaje okulary i kawałek sklejki. 

P.s. Gdybym robił to dla nagród – już dawno bym tego nie robił. Robię to dla wyniku dla siebie i dla drużyny i nadal będę to robił, ale fajnie by było gdyby sytuacja na „Cyklokarpatach” się poprawiła.

To by było na tyle, pa.