25 maj, dzień maratonu
Cyklokarpat. Nie zdążyłem jeszcze ochłonąć, wypocząć i nabrać sił po
wyczerpującym Rajdzie Wyszechradzkim, a już nadszedł czas kolejnego startu. Na
miejsce przyjechałem dzień wcześniej. Dzięki temu mogłem spokojnie zjeść
kolacje, przygotować wszystko i bez zbędnego pośpiechu w sobotę, udać się na
start.
Poranek przywitał nas deszczem i niska temperaturą. Wiedziałem, że nie będzie lekko, przypominałem sobie co przeżywałem 2 lata temu, gdy też tu startowałem na dystansie Mega, a w tym roku czekał mnie dystans Giga. Na start przyjechaliśmy przed 10 rano, pochmurno, zimno i mokro, aż się odechciewało jazdy. Czując w nogach „Wyszehrad” nastawiałem się tylko na przejechanie i ukończenie wyścigu niezależnie na którym miejscu – byle tylko zaliczyć start.
Ustawiam się w sektorze trochę z tyłu, inaczej niż zwykle, oddaje bidon dziewczynom, które miały być na bufecie, sobie zostawiam tylko jeden. W głowie pojawia się dziwna myśl lub na tyle znam swój organizm, że pozwala mi przewidzieć niektóre rzeczy: dziś będzie kryzys i będzie mi naprawdę ciężko.
Poranek przywitał nas deszczem i niska temperaturą. Wiedziałem, że nie będzie lekko, przypominałem sobie co przeżywałem 2 lata temu, gdy też tu startowałem na dystansie Mega, a w tym roku czekał mnie dystans Giga. Na start przyjechaliśmy przed 10 rano, pochmurno, zimno i mokro, aż się odechciewało jazdy. Czując w nogach „Wyszehrad” nastawiałem się tylko na przejechanie i ukończenie wyścigu niezależnie na którym miejscu – byle tylko zaliczyć start.
Ustawiam się w sektorze trochę z tyłu, inaczej niż zwykle, oddaje bidon dziewczynom, które miały być na bufecie, sobie zostawiam tylko jeden. W głowie pojawia się dziwna myśl lub na tyle znam swój organizm, że pozwala mi przewidzieć niektóre rzeczy: dziś będzie kryzys i będzie mi naprawdę ciężko.
Wystartowaliśmy,
posłuchałem głosu rozsądku, który mówił, żeby pojechać początek bardzo
spokojnie, ale nie odstawać od rywali z dystansu Giga. Tempo jak zwykle wysokie,
czuje że jadę już nad progiem beztlenowym, kolejny raz powtórzyłem sobie, że to
będzie ciężki wyścig. Zacisnąłem zęby i nie odpuszczałem. Jechałem dość daleko
od pierwszej grupy, chyba na 4 pozycji w śród zawodników z mojego dystansu.
Trzymałem się team-owego kolegi Wiktora Łyszczarza, który również startował na
Giga. Czułem się naprawdę źle, i fizycznie i psychicznie. Dojechaliśmy do
pierwszego stromszego podjazdu i wtedy nadszedł kryzys – ból pleców, zmęczenie,
niechęć do jazdy, w nogach czułem taki ból, jakby ktoś odrywał mi mięśnie od
kości. Wtedy pojawiła się myśl, żeby zjechać na Mega, bo po prostu nie dam rady,
ale wiązało by się to z dyskwalifikacją – trudno, nie jestem robotem –pomyślałem.
I jechałem nadal do przodu, oczekując i
bufetu, żeby dostać drugi bidon i rozjazdu MEGA/GIGA. Dojechał do mnie Łukasz
Szumiec, a po chwili Marcin Kosterkiewicz. Złapałem się na koło i jechałem za
nim dość długi odcinek, średnio pamiętam kolejność zdarzeń bo już byłem
wyjechany. Kryzys trzymał mnie do kolejnego długiego podjazdu, Marcin zaczął
odjeżdżać, a ja jeszcze bardziej słabnąć. Ledwo dotoczyłem się na szczyt. Chyba
po 30 kilometrze
kryzys minął i zacząłem się na nowo rozkręcać, doszedłem znowu do Marcina, w
oddali widziałem Wiktora. Powoli zaczynałem go doganiać i uciekać Marcinowi. Na
kolejnym podjeździe, ktoś mnie minął i powiedział, że się zgubili – chłopaki z Mega.
Kilkanaście metrów dalej wyprzedziłem Wiktora i zacząłem wspinać się pod
podjazd w towarzystwie „megowców”, czując się coraz lepiej i jadąc coraz
szybciej. Kontem oka po lewej stronie miedzy drzewami zobaczyłem jakaś
niebieską strzałkę, przyglądnąłem się dokładnie, okazało się że był to kierunek
drugiej pętli (GIGA) praktycznie niezauważalny :/. Pożegnałem się z kolegami i
zjechałem na swój dystans. Mogłem jechać spokojnie powiększając przewagę nad
resztą. Do końca nie wiedziałem kto jest przede mną – sądziłem że tylko Łukasz
i Arek. Po wjechaniu na kolejny szczyt zaczęła się seria technicznych zjazdów,
następni spory odcinek asfaltowy. Tutaj mogłem sporo zyskać, duży blat z przodu
i prędkość wzrosła o 3 oczka, droga cały czas pięła się lekko do góry.
Zobaczyłem Łukasza i spokojnie zmniejszałem odległość między nami. Dość sporo
czasu jechaliśmy razem, zaczęła się kolejna długa wspinaczka. Łukasz niestety
odpadł na podjeździe. Już samotnie
pokonywałem kolejne kilometry z nadzieją, że gdzieś za zakrętem wyłoni się
bufet, a tam dziewczyny z bidonem, bo w moim już kończył się płyn – niestety
nie. Zaczęła się sekcja asfaltów i słabego oznaczenia. Prawie jak jazda na
orientację, pojawił się podjazd, a na nim 2 drogi, prawo i lewo – loteria. Jadę
w prawo i pytam ludzi czy ktoś tędy jechał przede mną. Jadę dalej i widzę w
końcu jakieś oznaczenie, ostry skręt w lewo i kolejna wspinaczka asfaltowa, a
potem szutrową drogą. Podjazd bez końca, z przodu nikogo z tyłu nikogo.
Zwalniam żeby nie przesadzić, w spokojnym tempie kontrolując tętno pokonuje
kolejne kilometry podjazdu, lekkie wypłaszczenie i bufeeeeet, ale dziewczyn
niema – szkoda. Zaczyna się ostatni najdłuższy podjazd, kilometry uciekają płyn
w bidonie się kończy piję ostatni łyk. Wiem, że zbliżam się do szczytu z myślą
ze jeszcze tylko zjazd i meta. Podjazd okazał się droga przez mękę – błoto,
błoto i jeszcze raz błoto. Każdy ma tak samo, pomyślałem i jechałem dalej. W
pewnym momencie spojrzałem przez ramie i zobaczyłem goniącego mnie Bogdana
Ostrowskiego. Oj trzeba będzie na zjeździe mu uciec. Zaczął się ostatni
najdłuższy błotnisty zjazd, tym razem zaryzykuję – pomyślałem. Zjazd utrudniali
zawodnicy kończący dystans Mega, wyprzedzałem raz z jednej raz z drugiej strony,
bardzo ryzykując, ale opłaciło się, zyskałem przewagę nad Bogdanem na tyle
dużą, że ostatni podjazd do mety (o którym zapomniałem) mogłem pojechać w miarę
spokojnie, jeszcze tylko zjazd do mety i koniec tej męki: 3 miejsce w kategorii
i 3 miejsce Open . Miało być 88
km wyszło 92,9 km, 2750m w pionie sporo.
A teraz realia. Jadąc taki dystans, w takich warunkach i płacąc za to, czegoś
się wymaga, po rozjeździe na Giga oznaczenie trasy - ubogie, żadne skrzyżowanie
nie obstawione, nikogo, kto by pokazywał kierunek jazdy w newralgicznych
miejscach, sporo jazdy na orientacje i szukanie jakichś śladów opon roweru czy motoru żeby się upewnić czy dobrze jadę.
2 bufety na początku trasy, a potem długo, długo nic – nie tak to wszystko
powinno wyglądać.
Człowiek tyra całą zimę, żeby jakiś wynik zrobić, zarzyna siebie i sprzęt w błocie na takiej trasie.
Człowiek tyra całą zimę, żeby jakiś wynik zrobić, zarzyna siebie i sprzęt w błocie na takiej trasie.
A w
zamian od organizatorów za 3 miejsce w kategorii dostaje kawałek sklejki i
reklamówkę a tam okulary, gazeta i malutki katalog Kellysa - po co to? Żeby
zapchać reklamówkę? Nie wiem czy to chciwość organizatorów, czy może nie mają
pieniędzy z wpisowych... (opłaty - 50 - 60 - 70 pln, średnio ponad 200 osób)
lub niezliczeni sponsorzy, nie dostarczają im nagród aby jakoś godnie nagrodzić
zawodników za trudy.
Niech każdy się przyglądnie na zdjęciach ile wisi banerów, ile jest kolorowych reklam, niech każdy sobie przypomni jakie były obietnice organizatorów na ten sezon. Ale z roku na rok jest coraz gorzej. I nie tylko ja mam taką opinie. Organizator nic sobie z tego nie robi, nie wyciąga wniosków. Dalej popełnia jedne i te same błędy. Przykre ale prawdziwe. Określenia z jakimi się spotykam od innych: "kpina, żenada, jakieś jaja..."
Niech każdy się przyglądnie na zdjęciach ile wisi banerów, ile jest kolorowych reklam, niech każdy sobie przypomni jakie były obietnice organizatorów na ten sezon. Ale z roku na rok jest coraz gorzej. I nie tylko ja mam taką opinie. Organizator nic sobie z tego nie robi, nie wyciąga wniosków. Dalej popełnia jedne i te same błędy. Przykre ale prawdziwe. Określenia z jakimi się spotykam od innych: "kpina, żenada, jakieś jaja..."
A i dodam jeszcze jedno - dziewczyna!!! Jedyna odważna, za co jej gratuluję
pojechała na dystans Giga, jadąc: 8:26:32 !!! I automatycznie wygrywając wyścig dostaje
okulary i kawałek sklejki.
P.s. Gdybym robił to dla nagród – już dawno bym tego nie robił. Robię to dla wyniku dla siebie i dla drużyny i nadal będę to robił, ale fajnie by było gdyby sytuacja na „Cyklokarpatach” się poprawiła.
P.s. Gdybym robił to dla nagród – już dawno bym tego nie robił. Robię to dla wyniku dla siebie i dla drużyny i nadal będę to robił, ale fajnie by było gdyby sytuacja na „Cyklokarpatach” się poprawiła.
|
|
To by było na tyle, pa.



Przyjemnie się czyta takie relacje, powodzenia w dalszej rywalizacji!
OdpowiedzUsuńChcesz prawdziwe nagrody, to startuje w imprezach dla zawodowców :) Jest Puchar Polski w maratonie MTB z nagrodami finansowymi. Sa inne imprezy z nagrodami finansowymi gdzie za trudy ścigania dobrze nagradzają. Bike Maraton ,MTB marathon a teraz też jak widać CYklo idą w stronę komercji :) to przecież impreza dla AMATORÓW. Wg mnie nagród nie powinno być w ogóle i organizator powinien to zaznaczyc. a robi sie to wlasnie dla siebie, dla wyniku, dla drużyny czy dla pamiątkowego zdjęcia na pudle :)
OdpowiedzUsuń