Długo zastanawiałem się czy startować w Łańcucie czy jechać na Klasyk Beskidzki - szosa, ostatecznie wybór padł na Łańcut.
Rano czułem że to nie mój dzień na ściganie, nie lubię ścigać się w tygodniu, ale siła wyższa. Do Łańcuta pojechaliśmy w okrojonym składzie : Ja, Lary, Janusz i Pan Waldek, reszta chłopaków pojechała na Klasyk. Pogoda z samego rana beznadziejna, z perspektywa poprawy, cóż pogody sie nie wybiera. O 9 przyjechał po mnie Kokil (Jacek Kłeczek) i spokojnie pojechaliśmy na start.
jak zwykle mnóstwo znajomych z każdym by się chciało zamienić kilka zdań. Szybkie zapisy bo biuro działało sprawnie, przebieranie ostatnie przygotowanie i "rozgrzewka" spiker woła wszystkich na start ustawiamy się z Zębatką w drugiej linii i spokojnie czekamy. Trasy nie znałem ani kilometra, nie wiedziałem czego sie spodziewać, na dodatek zaczęło padać- trudno. Start honorowy przez Łańcut pilotuje nas policja i dwóch motocyklistów ale stoimy w centrum - korki :) dolatujemy do startu ostrego i zaczyna się gaz, Marcin Kosterkiewicz od razu jedzie mocno ale trzymam mu koło, za chwile, trochę błota i zaczyna miotać mną jak szatan. trasa cały czas lekko pnie się w górę, nie czuje się najlepiej. do przodu przeskakuje Lary i narzuca mocne tempo a ja słabnę. Marcin tez odskakuje na kilkanaście metrów ale starałem się kontrolować odległość, wjeżdżamy na płyty
i zaczyna się wypłaszczenie, od razu blat i gonie Marcina - szybko go dochodzę i wyprzedzam, tak jakby czekał bo siadł na koło. Jechał z nami też Andrzej Ulam, jak się okazało mieliśmy tez sporą przewagę nad resztą ale dość dużą stratę do Larego. Wiedziałem że go nie dogonię, był szybszy.
Z kilometra na kilometr jechało mi się coraz lepiej, zaciągam na płaskim a Marcin mocno na podjeździe, mijamy bufet i zaczyna się płaski szuter lecimy mega szybko ale nie po zmianach ;/ Larego już nie było widać, wiedziałem że będę musiał walczyć o 2 miejsce Open. Ale walka zakończyła się mniej więcej w połowie dystansu lub nawet wcześniej przecinam oponę i kończę ściganie, rozcięcie spore - płyn sobie nie poradził z uszczelnieniem, zakładam dętkę a w tym czasie mija mnie sporo osób. Tak jak i z opony tak ze mnie w sekundzie "zeszło powietrze" odechciało mi się ścigać. Po założeniu dętki wsiadam na rower i zonk - łańcuch zakleszczony miedzy zębatkami
w korbie hmm jakieś 8 minut straty - dramat, jakoś sobie z tym radze i jadę dalej, dość mocno, mijam kolejnych kolarzy i małe grupki. Dojeżdżam do team-owego kolegi Janusza Łodeja
i jedziemy chwile razem- to jego 29 nawet leci. Na podjeździe niestety odpadł, Już na spokojnie bez szarpania, dojeżdżam do mety i kończę wyścig na 12 pozycji z czasem 1:35,44.
Co by było gdyby nie kapeć, nikt tego nie wie. Taki jest ten sport dlatego jest ciężki, trudny
i ciekawy. Rozcięta opona to tez przekreślona możliwość startu w Sandomierzu na Maratonie - mówi sie trudno i jedzie się dalej. za tydzień kolejny wyścig tym razem Cyklokarpaty pierwszy raz
w Wojniczu - zmierzę się z 89 kilometrową trasą, jestem dobrej myśli.
Pozdrawiam, trzymajcie się !!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz